100/XX. Antologia, Czarne 2015. Notatki z tomu trzeciego (2)

Autor bloga wsiada do autobusu. Ma w ręku ważącą prawie dwa kilo papierową torbę. Kiedy się usadowi już na kole (czy tak nazywa się w Wa. to miejsce w przegubowcu? nie wiem), łapie równowagę i wyciąga tom. Łatwo nie jest. Ciężki jest los staromodnego konserwatysty, który nie uznaje e-booków.

Oba reportaże wojenne: Petersowej i J. Pytlakowskiego są strukturalnie podobne. Oba nie nadają się do prowadzenia polityki historycznej, bo poprzez zapis bezpośredni dekonstruują mity. Petersowa pokazuje jak żałośnie kończy się wielka przedwojenna Polska, na której Niemcy mieli połamać sobie zęby. Kiedy owe heroiczne władze mocarstwa uciekają jak szczury, autorka w piwnicy zapisuje: Niechże ci, co przyjdą po nas, zobaczą na przykładzie nas wszystkich (…), do czego doprowadzono Polskę nieładem, przekupstwem, protekcją, ignorancją, zarozumialstwem, pychą i elitarnością (s. 331). A potem ten opis szabru i linczu na żydowskim chłopcu. Nie to się nie nadaje do nowych podręczników. O ile Petersowa jest przy upadku mitu, Pytlakowski jest świadkiem narodzin mitu powstania warszawskiego: poczęto wysnuwać legendę z nieprzebrzmiałych jeszcze wydarzeń. Odwracano oczy od rzeczywistości. Budowano legendę (s. 359). A autor, mokotowski powstaniec, stara się – ostatecznie, wiemy to, zupełnie mu się nie uda – prawdę uchronić przed legendą: pokazać chaos, szaber (znowu!) i anarchię. Nie ma w tym wszystkim tylko pastos. Dziwne, po wielu latach pozostanie jedynie on.

Auerbach. Odtąd będę już inaczej patrzył na pola łubinu.

Koźniewski. Gęstość długich słów i zdań złożonych, jakby samym językiem miał oddawać współzawodnictwo, zawyżając normę liter na stronie.

Dziewanowski. O bierności wobec życia, która może życie zmarnować. Historia L. to gotowy scenariusz na dramat w stylu skandynawskim: o człowieku, który bał się zejść ze strychu.

Gnot. Mgła na Lubelszczyźnie zawsze mnie urzeka, nawet jeśli rozważania o repertuarze domów kultury brzmią zupełnie archaicznie.

Przykład Krzyżagórskiego pokazuje, że polityka historyczna (nawet dotycząca renesansowego Księstwa Legnickiego) prowadzi autorów na manowce jak nie hurapatriotyzmu, to nudy.

Ambroziewicz. Wszystkie katastrofy, kataklizmy i zarazy są niezwykle reportażogeniczne. Może to widok cudzego nieszczęścia, a może wartki bieg zdarzeń i zmienność akcji? Potem znowu żal, że w antologii tylko wycinki a nie na przykład całość „Zarazy”.

Budrewicz. Polowanie na wrażenia podróżne.

Warneńska. Nie wiem czemu, ale jestem przekonany, że ten fragment z listem jest wyssany z palca.

Brycht. Typowy Janusz, tutaj o imieniu Andrzej, jedzie do Niemiec. Jest chamem i prostakiem, chleje, chce kupić auto, wszystkim dookoła wypomina drugą wojnę i obozy. Zachowuje się jak świnia i perfekcyjnie to opisuje. (Pomyśleć, pięćdziesiąt lat później mógłby dostać wysokie stanowisko w dyplomacji).

Osiadacz. Wszystko się na świecie zmienia, a Michnik jak był szwarccharakterem, tak nim pozostaje. (Tekst koszmarny pod każdym względem).

Szczygieł. Gdy studiowałem, krążyły legendy o rywalizacji polskich etnografów, gdzieś na zapadłych wsiach w latach sześćdziesiątych, o artefakty sztuki ludowej: prawdziwe Matki Boskie i Frasobliwych. Wersja afrykańska (u Bogdana Szczygła) jest bardziej krwawa, ale opisywany problem ten sam: jakim prawem ktoś (etnograf, kolekcjoner) przedmiot kultu zamienia w eksponat? I w którym momencie (czy w ogóle) taki eksponat traci w sobie sacrum? (Na przykład złocone relikwiarze wypełnione kością w muzeach: czemu nie klękam przed gablotą, choć zrobiłbym to przy ołtarzu?)

Grochola. Wszystko, co można napisać o tym człowieku, naznaczone jest nie tylko ckliwym odorkiem sentymentalizmu, ale także znamieniem jakiejś półprawdy, ćwierćprawdy, słowem: nieprawdy (s. 603). Chyba o każdym.

Kowalik. O bierności wobec życia, bo Bóg dał, Bóg wziął. Odruchowo kupiłem na allegro „Wiesz pan, skąd ja jestem” (bo było we wstępie).

Szumańska. Jej brak to był dla mnie największy brak w tomie drugim, bo jej „Bizary” to był pierwszy tom reportaży, który przeczytałem w życiu. I teraz, po tym fragmencie, wiem dlaczego Szumańska. Dlatego, że jej fraza, jej melodia i jej melancholia do złudzenia przypominają mi frazę, melodię i melancholię Tove Jansson, taką z „Listopada” i opowiadań.

Osiatyński. Marcos (…) zapisał siebie, wszystkich członków gabinetu oraz dyrektorów departamentów, agencji i biur rządowych na kursy twórczego rozwoju, godnego życia, psychocybernetyki, pozytywnego myślenia, jogi i samorealizacji. Potem zaś przymusowo wysłał na podobne szkolenie wszystkich urzędników państwowych włącznie do najniższego szczebla (s. 653). #SprawnePaństwo

Kopeć. W czystej fikcji wałbrzyski taksówkarz, cichy bohater reportażu, okazałby się co najmniej aniołem.

Adamiecki. Całkiem na serio: ten reportaż z Jaskini Zimnej powinien być lekturą szkolną.

Karaś. O Lubelszczyźnie: to jest moja ziemia, zawsze za nią będę tęsknił (s. 736).

Nie jestem pewien, czy to o czym pisze Siedlecka, czyli umieszczanie za wynagrodzeniem pacjentów szpitala psychiatrycznego na wsiach, wyglądało tak dobrze jak w reportażu. Moje wątpliwości wynikają ze szwajcarskiego filmu, który opowiadał o podobnym eksperymencie z sierotami i nosił oryginalny tytuł „Rzeź”.

U Snopkiewicza wyczuwam perwersyjną przyjemność z tego, że wciela się w świniowatego urzędnika. Wallraff robił to bardziej etycznie.

Zawsze ogarnia mnie przerażenie, że tyle bym jeszcze przeczytał, poszukał, poszedł śladami wydeptanymi w antologii. Ale jak mogę, skoro jeszcze nieprzeczytane nowe książki, świeże reportaże. Tyle słów, a tak niewiele czasu.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s