Dziennik. W poszukiwaniu zaginionego czasu

Z dniami jest teraz podobnie jak z ich porami. Przestajesz je zauważać. Gdyby nie terminy w kalendarzyku, trudno byłoby odróżnić środę od niedzieli. Coś, co działo się – jak przypuszczam, posługując się kalendarzem – tydzień temu, jest równie bliskie (a może równie odlegle?) jak wydarzenia z wczoraj albo z dzisiejszego poranka. Odróżnia się jakieś szczegóły: o piątej trzydzieści podlewałem balkon i patrzył na mnie zachodzący Księżyc.

Trochę to przypomina jedno wielkie święto, takie, które z czasu zwyczajnego, dziejącego się i łatwego do podziału na godziny, doby, tygodnie, przenosi człowieka do czasu poza, który nie nagina się do naszych poznawczych reguł.

A może, przeczucie, gdy podporządkowujemy się doszczętnie cudzemu czasowi, zaczyna nam się kurczyć ten nasz własny? (30.08.2015).

2 Comments

Dodaj komentarz