Joseph Roth, Krypta kapucynów, Austeria 2015

1.

W przeciwieństwie do Kawafisa, którego rytm splótł się z rytmem oczekującego lipca, Roth oznacza dysharmonię. Nie pasuje do naszego lata, a jeśli już, to jedynie do pesymistycznych rozważań o końcu bezpiecznego świata jaki znamy. Bo Roth pisze o przemianie świata, a pod względem politycznym – wydaje mi się – stoimy w takim właśnie punkcie jak owi obywatele Austro-Węgier, czyli obywatele świata, którzy nie spostrzegli, że nadeszły chmury. To widmo, które tak przerażało w „Marszu Radetzky’ego„.

2.

W moim pokoju wisiał portret Franciszka Józefa.
Działo się to dawno temu (wszystko działo się już dawno temu), pochopnie ulegałem wówczas patosowi. Mieszkaliśmy w Ljubljanie (nigdy nie pojmę spolszczenia tej nazwy, które od L odejmuje miłosne J), Jugosławia konała na żywo w telewizji, a ja z zapartym tchem śledziłem eksplozję chorwackiego nacjonalizmu, który był emocjonalny, ze śpiewaniem hymnu z ręką na sercu i łzami w oczach, zupełnie inny od swojej słoweńskiej wersji: racjonalnej i chłodnej, by nie rzec, wyrachowanej.

Byłem dziesięcioletnim prawie chorwackim nacjonalistą, kiedy zobaczyłem Wiedeń. Podobny polskiemu, patos południowych Słowian wydał mi się nagle czymś mizernym w porównaniu z patosem stolicy Imperium, ciągnącymi się alejami pałaców, poczuciem wyjątkowości i niezwykłości. Gott erhalte, Gott beschütze, Unsern Kaiser, unser Land! Tam, nawet muzyka była patetyczna. Był to rok Mozarta i ze wszystkich witryn sklepów, ze złocistych kuleczek nadzianych nugatem patrzył na mnie Wolfgang Amadeusz.

Wiedeń – ta aż nadmiernie opiewana stolica państwa, podobna do błyszczącego i uwodzicielskiego pająka, co rozsiadł się na środku potężnej, czarno-żółtej sieci i bezustannie ssał siłę, sok i blask z otaczających go krajów koronnych (…) owe dumne i pyszne pałace na Ringu, własność baronizowanych Izraelitów, oraz owe gmachy publiczne, Parlament, Pałac Sprawiedliwości, Uniwersytet, Zakład Kredytowy Ziemski, Burgtheater, Opera nadworna i nawet dyrekcja policji (s. 80).

Tak więc, jak się już z A. spotkaliśmy, w pierwszą (a może drugą?) wspólną podróż pojechaliśmy do Wiednia. A tam musiałem zaciągnąć A. do krypty kapucynów. Czy A. się już wtedy domyślała, że odtąd  cmentarze i krypty będą stałym punktem wszelkich naszych wyjazdów?

Może zresztą to właśnie ten wiedeński imperialny patos, ów Franciszek Józef, cesarz i król apostolski, czuwający z pocztówek, portretów i breloczków, zaszczepił mnie przeciwko nadmiernej życiowej patetyczności?

3.

Świat sprzed Wielkiej Wojny to u Rotha świat bez kobiet. W pierwszej z książek, bohaterami są wdowcy (na czele przecież z Jego Cesarską Mością Wdowcem), kobiety, jeśli się zjawiają, to w roli przelotnych kochanek, partnerek do tańca lub ochmistrzyń.

Dopiero po wojnie, kiedy już zniszczenie i upadek stały się faktem, pojawiają się one. Z bohaterek drugiego planu przeistaczają się w demoniczne postacie, budzące lęk mężczyzn, ocalonych przed zagładą, z tamtego uporządkowanego świata. Świat z kobietami to jest już ten inny, gorszy świat, pisze Roth, katastrofista, który zobaczył katastrofę.

4.

W poniedziałek rano, w „Krypcie kapucynów” na świat przychodzi Eugeniusz. I to jest chyba jedyny wzbudzający nadzieję akapit na jej stu dziewięćdziesięciu stronach.

Dodaj komentarz