Piotr Nowak, Hodowanie troglodytów, Fundacja Cieszkowskiego 2014

 

(Ambrogio Lorenzetti, Alegoria złego rządzenia, 1338-1339, Palazzo Pubblico, Siena, źródło: en.wikipedia.org)

 

W obronie Urzędu 

Jest w „Hodowaniu troglodytów” (z serii „Biblioteka kwartalnika „Kronos””) rzecz, z którą się fundamentalnie nie zgadzam (bo z większością pozostałych trudno mi się nie zgodzić). To moment, w którym Piotr Nowak kręci bicz i uderza nim w urzędników. Pisze tak: Urzędnicy nie są ludźmi. Są posłańcami sił, których nie rozumieją ani nie starają się zrozumieć; (…) Urzędnicy – pisała o tym Hannah Arendt – wykonują polecenia bez krztyny namysłu. Nie mają uczuć ani twarzy. Usiłują nadać życiu konwencjonalny charakter, uczynić je bezbarwnym jak bezbarwne jest życie urzędnika. (…) Ich żywiołem jest komplikacja rzeczy prostych (s. 66). W innym miejscu: Urzędnicy nie przejmują się ani kulturą, ani nauką. Nie mogą się nimi przejmować, ponieważ ich nie rozumieją. Gdyby je rozumieli, zmieniliby zawód na lepszy (s. 96).

Odnoszę wrażenie, że Piotr Nowak upaja się tymi inwektywami skierowanymi do znienawidzonej masy. Upodabnia go to – co za paradoks – do ludu, którym gardzi (s. 192). Zarówno on, inteligent, jak i lud, mają w urzędniku wspólnego wroga. Artykuł Nowaka nawet w argumentacji nie różni się za bardzo od artykułu z „Faktu”.

Oskarżyć wszystkich urzędników en masse o naśladowanie w swej bezrefleksyjności i służalstwie Adolfa Eichmanna jest – dla mnie – wyrazem szowinizmu, szowinizmu w specyficznym wydaniu, wyrażanego przecież przez profesora Akademii. Broniąc Akademii, podważa bowiem Republikę. Urzędnicy, czyli ci, dzięki którym Republika funkcjonuje, są w opinii Nowaka rasą o wiele niższą od profesorów, czymś pomiędzy śmieciarzami a żebrakami.

(Nie mogę się zgodzić, bo wśród najlepszych przyjaciół mam urzędników i – wybacz autorze, którego czytam – ich życie nie jest bezbarwne. A niektórzy pracują w Urzędzie, bo im zależy na Republice, bo salus rei publicae itd.)

Filozof, który zapomina o Republice nie jest filozofem odpowiedzialnym. Owszem, jako urzędnik widzę, że Urząd ma się źle, ale nie podważam samej egzystencji Urzędu (choć na przykład urzędu już tak). Mimo że ułomny, niedoskonały i schorowany, Urząd jest dla Republiki instytucją konieczną. Nie da się wyobrazić Republiki bez Urzędu, chyba że w jakiejś utopijnej wizji powszechnej samorządności (tu już profesorowi Nowakowi powinna zapalić się czerwona lampka, znów lud!)

Zamiast więc wyrzucać z siebie ataki na Urząd, proponowałbym skupić się na diagnozie chorób, na które on cierpi. Nowak wskazuje, że Akademia jest chora, schorzenia Urzędu są – w gruncie rzeczy – bardzo podobne.

Po pierwsze, premiowanie mierności i bierności. W sercu Urzędu leży ciągły lęk przed jakąkolwiek zmianą (począwszy od wprowadzania nowego arkusza excel), przed rewolucją, przed powiedzeniem „nie”. Słusznie więc myśli Nowak, pisząc o konwencjonalnym charakterze. Na każdym poziomie premiowane są takie postawy, które przed zmianą, rewolucją i powiedzeniem „nie” mają Urząd ochronić. Na tym opiera się selekcja osób zarządzających. Nie ma liczyć się Republika, ale urząd i jego trwanie, więcej – moje własne trwanie na stanowisku. Urząd oplata więc sieć przełożonych bez właściwości, przypominających raczej rośliny niż żywych ludzi. Z tego wynika szereg kolejnych schorzeń.

Po drugie, cnota braku krytycyzmu. Aby podejmować rozumne decyzje należałoby tezom przeciwstawiać jakiekolwiek antytezy, szukać dziury w całym, głośno mówić, że to rozwiązanie nie tylko nie jest zgodne z prawem, ale również z rozumem. Tymczasem brak krytycyzmu traktowany jest jako święta zasada życia w Urzędzie. Czy właśnie w tym nie leży przyczyna komplikacji rzeczy prostych, o której pisze Nowak? Urząd nie znosi krytyki własnych działań, czy  z wewnątrz, czy z zewnątrz, ażeby jej nie było, metoda Odysa, woskiem zatyka uszy.

Po trzecie, brak decyzyjności. Jeśli Urząd ma służyć Republice, musi mieć pojęcie o tym, czym jest racja stanu lub interes publiczny. Nie może tego zrozumieć, jeśli jedyną racją jego bytu jest trwanie i przetrwanie. Ktokolwiek podejmuje decyzję, bierze na siebie odpowiedzialność, przyjmuje ryzyko a ryzyko jest dla tego trwania (to jest wartości per se) zagrożeniem. Decyzje w Urzędzie rodzą się więc niejako mimochodem, z jakiejś pozaludzkiej siły, której nie rozumieją, w wyniku przypadkowego zapisu, stworzonego przez jakiegoś referendarza na samym dnie urzędowej hierarchii, a którego potem nikt – z obawy przed odpowiedzialnością – nie poddał osądowi rozumu. Tak właśnie psuje się prawo, a nie w jakiś mityczny sposób, za który odpowiadają nieznani demiurgowie.

Po czwarte, brak rozumności. Bez osobistego przyjmowania odpowiedzialności przez tych, których wybrano do kierowania, bez krztyny namysłu, nie da się mówić o procesie zachodzącym w Urzędzie jako o procesie racjonalnym. Gdzie można szukać rozumu, gdy decyzje podejmowane są przypadkowo, krytyki unika się jak ognia, a jedyną przesłanką działania jest przetrwanie i niezmienność? Instytucja, która w Republice powinna być racjonalną maszyną, przypominać zaczyna więc sobotnie targowisko. 

Po piąte, system, który nie poddaje się ocenie. Nowak sporo uwagi poświęca parametryzacji uczelni. Przez te wszystkie lata, po wielkiej zmianie, nie udało się w Polsce stworzyć działającego systemu parametryzacji Urzędu. Lęk przed zmianami jest zaraźliwy. Młode osoby, które chcą piąć się po szczeblach urzędniczej kariery, muszą przystosować się do bierności i mierności, przyjąć zastane warunki; w tym miejscu ciężko nie zgodzić się z Nowakiem, że w wypadku przetrącenia własnego kręgosłupa, lepiej byłoby, gdy zmieniliby zawód na lepszy.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s