Dziennik. Montreal i inne miasta (2)

 

Drugiego artykułu o Cohenie i Montrealu (tutaj) nie mogłem jakoś dokończyć, ale przepisuję z niego motto: Nie powinienem w ogóle żyć w Kanadzie. Nie znoszę zimy. Poza tym należę do Śródziemnomorza. Moi przodkowie popełnili straszny błąd. Ale ciągle powracam do Montrealu, żeby odnawiać swoje neurotyczne związki.

Tak więc jestem w Lu., który coraz bardziej przypomina mój Montreal. Neurotyczny związek z miastem to jedna z najlepszych definicji tego jak mi tutaj jest.

Ostatnio w Lu. był W. i zauważył dwie rzeczy: zupełnie inny niż w Wa. poziom religijności objawiającej się w przestrzeni miejskiej – od słupów ogłoszeniowych i księgarni po natrętów na pekaesie z różańcami; oraz to, że nie trzeba jechać autobusem z dworca PKP do miasta, bo to blisko. Nigdy mi do głowy to blisko nie przyszło. Dla mieszkańców Lu. Zamojska (dawniej Mariana Buczka) wydłuża się w niewytłumaczalny sposób. Wyobraźnia nijak się ma w tych okolicach do geografii. Zawsze musi być autobus lub trolejbus: trzynastka albo sto pięćdziesiąt albo – w wersji turystycznej, tej do Bramy Krakowskiej – jedynka (do trzydzieści cztery od dzieciństwa nie odważyłem się wsiąść).

Tak więc jestem w Lu., a miasto staje się coraz bardziej zwyczajne, jedno z tysiąca na mapie. Boję się, że przestajemy się ze sobą dogadywać. Zwłaszcza teraz, gdy raz za razem, z każdą moją wizytą, traci swoje najpiękniejsze widoki, jak ten z Kaliny na Stare Miasto ponad miejscem po Królewskim Stawie.

(14.03.2015)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s