Dziennik (06/09/14)

 

Miało być o Hali Mirowskiej1. Siedzimy w sobotę rano naprzeciw Hali Mirowskiej, w kawiarni, w której zbieram pieczątki i pijemy kawę. Namówiłem A. na ciasto, zawsze tak robię, kiedy nie jem ciast. Grzejemy się jak koty w tym świeżym słońcu. Endorfiny wytwarzają się w niekontrolowany, sobotni sposób. Obok siedzą Francuzi a nieco dalej, na schodach, agent Mossadu pilnujący izraelskiej wycieczki. Wypatrywanie agentów wśród wycieczek szkolnych to bardzo dobra zabawa i zawsze wygrywa A., bo pierwsza dostrzega, że jeden z nauczycieli trzyma się z boku, siedzi w lekkiej marynarce i od niechcenia czyta jakąś kartkę.

Okolice Hali Mirowskiej nadzwyczaj w sobotę zaludnione. Najpierw mija się staruszki wyprzedające bibeloty i stare ubrania. Przykra część okolicy. Potem staruszki zmieniają asortyment na grzyby i szczypiorek. Wąskie alejki pełne asortymentu rzeźnicko-badylarskiego. Kawałki wołowiny, jeżyny, granaty, mięsne gnaty. Piramidy jaj i zapach pączków. No i kwiaty. Wszyscy mieczyki niosą w kolorach kardynalskim i biskupim. Niesiemy i my.

Panuje tu taka synestezja, że nawet zwykłych ziół kupić nie sposób. Bazylia jest pomarańczowa, mięta – cytrynowa a szałwia – ananasowa.

 

______

1 Przez całą niedzielę autor bloga myślał jak napisać zwięźle o Hali Mirowskiej, aż w końcu taki duży kawał narracji mu wyszedł.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s