
Postanowiłem, że ostatnią książką, którą przeczytam przed odlotem na Wyspę będzie biografia Poświatowskiej. Upieram się, że to dobre (ewentualne) zakończenie bloga. Wiem, mogłem poczytać jednak coś weselszego, coś mniej przeszywającego zimnem. Bo ostatni z niewłoskich wieczorów pachnie czerwcowym gorącem. Cudownie ocalony hipochondryk nie powinien wręcz czytać książek o tematyce kardiologicznej, tak mi się wydaje, gdy ogarnia mnie czarnowidztwo w taki ładny wieczór, nad taką dobrą czekoladą. Nie, nie czytałem nigdy wierszy Poświatowskiej. Od razu znałem ją z legendy. To ta, co umarła na serce, co całe życie tę śmierć przeczuwała, co żyła z wyrokiem i na której wyrok został wykonany. Może nie szanowałem nigdy kobiecej poezji, przekonany, że Edward pasował do mojego życia bardziej?
Wyławiam z narracji fragmenty wierszy. Bliski mi jest ich eteryczny erotyzm, bliska mi jest ona, piękna jak Audrey, na tych starych fotografiach, ze swoimi przeczuciami, ze swoim wyrokiem. Tylko za późno do mnie przyszła.
(Gdy patrzę na okładce na datę urodzenia autorki, to ogarnia mnie zazdrość, że tak umie pisać).

1 Comment