
Początkowo zawód, że znowu płyniemy w plastycznej wizji, i światło piękne, i obrazy, tylko co dalej. Czarno-białe ostatnio stały się modne, jakby nastąpiło znudzenie efektami specjalnymi i całą paletą Pantone w trzy de. Potem niezawód: film wciąga, nie jest oczywisty, raczej niedopowiedziany, prześwietlony, delikatny.
Odczuwasz, że reżyser nie gra formą (jak w „Shirley”), ale wyraża swoje emocje. Piękne oglądanie i piękne podglądanie.
Nagą kobietę mogą oglądać tylko lekarze i artyści. Jako film, „Artysta i modelka” może być traktowany jako studium o nagości, o tej różnicy, która dzieli nagość wulgarną od nagości wysublimowanej. Nagość nadzwyczajną, gdy ciało jest czymś więcej (jak w pracowni rzeźbiarza) od nagości, którą należy się zawstydzić. (Autor bloga kiedyś o tym rozmyślał na plaży na Sycylii, że odbiór ciała zależy od kontekstu, a nawet od topografii). Piękno od pornografii. Swoją drogą jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, mogę się założyć, „Artysta i modelka” byłby klasyfikowany jako film erotyczny.
Słowa klucze: oliwa (drugi dowód na istnienie Boga), Rembrandt, Vasari (tak przypuszczam, że to, co czyta w jednej ze scen stary rzeźbiarz to słynne żywoty Vasariego, w którym się rozkochują wszyscy historycy sztuki).
(3,5/4,0)
