Sixto Rodriguez

Sala Kongresowa pełna, wyprzedana trzy razy, bo piątkowy koncert miał być jedynym a stał się pierwszym z trzech. Wydarzenie raczej towarzyskie niż muzyczne, toteż na widowni znaleźć można rodziny z dziećmi, które zasną w trakcie, ludzi fotografujących z zachwytem samą salę oraz towarzystwo dość pospolite jak ci obok, którzy znali piosenkę „I Wonder”, a gdy wybrzmiała, zajęli się głośną rozmową, zupełnie niezainteresowani tym, że koncert trwa. Na sali harmider, chodzenie i zajmowanie miejsc będzie trwało przez cały support (zresztą zaproszony zespół nie wniósł wiele, przypominając raczej amatorów z okolic Seattle), przydługą przerwę i skończy się już, gdy zgaśnie światło. W końcu większość, my też, przyszliśmy dla bajki: na własne oczy zobaczyć, że Sixto Rodriguez żyje i film miał szczęśliwe zakończenie.

Pojawia się on. Pojawia się to dużo powiedziane, na scenę wprowadzają go pod ręce. Pierwsze wrażenie jest raczej smutne. Myśl, że ktoś wykorzystuje ledwo chodzącego staruszka, bawiąc się z widzami w obwoźne zoo. Nawet wykrzyczane do mikrofonu The Legend! brzmi nieco sarkastycznie. Zgarbiony Sixto zakłada ciemne okulary i cylinder. Na stoliku obok stoi rządek tajemniczych kubeczków. Co w nich jest? – zastanawia się publiczność. Moi towarzysze z prawej są pewni: wóda! We mnie natomiast trochę strach, co będzie, gdy wokalista zemrze na scenie. Niepewność trwa tylko do pierwszego akordu. Dotykając strun gitary Sixto Rodriguez ożywa, nagle znika staruszek, rozbłyskuje legenda.

Pierwsze piosenki nie są jeszcze tak wyraźne i mocne. Więcej jest gitary niż śpiewu. Łatwo wyłapać, że Rodriguez nie wchodzi po intro, tylko raz po raz przeciąga wstęp. W porównaniu z płytą, piosenki tracą też zwrotki. Ale z każdą kolejną jest lepiej. Istnieje tylko on i jego muzyka, widać perfekcyjną koncentrację. Gdy na bis zagra „Blue Suede Shoes” nie możesz uwierzyć, że to ten sam staruszek, o którego niepokoiłeś się przed godziną, bo brawurowo unosi salę. Dziękując powtarza Merci! Widać w Europie mówi się po francusku.

Ostatnia piosenka „I’m gonna live until I die” (zresztą autorstwa Sinatry) porusza. Teraz czujesz, że uczestniczysz w czymś niezwykłym. Wydaje się, że Rodriguez na żywo nie różni się od tego Rodrigueza z filmu: nadal pozostaje skromnym gościem, który w barach, w oparach tytoniu, w Detroit śpiewał ballady, właściwie tylko dla siebie. Zostajemy z jego ostatnim utworem jak z przesłaniem, niesamowicie optymistyczną wskazówką na życie. We’re gonna live until we die.

(pisane w stylu recenzji Herberta z lat sześćdziesiątych)

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s