Dz.U. Pictures presents „Wilk z Wall Street”

(źródło: nyt.com)

Z tym filmem działy się dziwne rzeczy. Piątego stycznia kolejka w „Wiśle” wiła się aż do sal kinowych, więc nie poszliśmy, mimo że w kolejce sama ministra nauki a miejsce przy placu znaleźliśmy po dwudziestu minutach. Potem poszła J. i wyszła po półtorej godziny. Jej recenzja (tutaj) była bardziej niż krytyczna. Wreszcie o filmie dyskutowali w jednym z programów ekonomicznych, twierdząc że świat bankierów, maklerów i milionerów jest dużo uczciwszy niż go malują. Nie można było nie pójść. I nie żałuję, ba, nie żałujemy.

„Wilk z Wall Street” jest opowieścią o chciwości, niekończącą się orgią, w świecie, w którym jedyną wartością, jedyną religią stał się pieniądz. Można by sądzić, że obraz jest przerysowany, ale Madoff i bracia Lehman w następnej dekadzie udowadniają, że tak po prostu jest. Stratton Oakmont jest metaforą współczesnego świata pozbawionego złudzeń i wartości, opartego na manipulacjach fikcyjnymi pieniędzmi i kłamstwie. Może Jordan to współczesny Faust, który dla mamony sprzedał duszę? (tudzież przyjaciół?) Pokazując kapitalizm hardcore, film Scorsese staje się antykapitalistycznym manifestem.

Świat Wall Street w latach osiemdziesiątych (całkiem odległych kulturowo) to męski świat (włącznie z męskimi rozrywkami), więc nie można się dziwić, że kobiety nie są tam kierowniczkami. Nie można – w imię poprawności – zafałszowywać tamtych realiów: kobiety są w „Wilku z Wall Street” rodzajem używek, a w trakcie masturbacji należy myśleć o pieniądzach, jedynym możliwym przedmiocie pożądania.

Przez trzy godziny nie ziewnąłem. Rzadkie osiągnięcie, możliwe chyba tylko jedynie dzięki Leonardowi di Caprio. Jest w swojej roli rewelacyjny. Od teraz okrzyk: Wolfie! nabrał nowego znaczenia. (Primo: a pomyśleć, że kiedyś myślałem, że to zwykłe bożyszcze nastolatek; Secundo: ale Wolfie! Konstancji Mozart wciąż bardziej mi się podoba.)

Słowa klucze: quaalude/Lemmon 714, Vernazza, miś z dziwnymi oczkami, długopis

(4,5/4,5)

1 Comment

Dodaj komentarz