Dziennik. Proza w Lu.

Stare Miasto wspinało się we mgle. Szli w kierunku Rynku i pogoda była do zdjęć. On jak zwykle zapomniał aparatu. To miasto nawet inaczej pachniało, ale już nie należało do niego. Był gościem, ba gościem honorowym. Im wyżej, tym mgła była gęstsza, tak że kogucika na wieży nie mógł dojrzeć. (Idąc wcześniej, jeszcze za jasnego, przyglądał mu się uważnie w perspektywie ulicy Gruella). Piątek wieczór, więc po Rynku kręciło się sporo młodych (młodszych od niego) ludzi. W tym roku na tym Rynku zjawiał się kilkakrotnie. Ta procesja rezurekcyjna w pierwszym śniegu, myśl o której ratowała im życie na zasypanej autostradzie do Gdańska; kolorowy, letni jarmark i fotografowanie fal na ścianach; teraz, ta mgła średnią jesienią i opowiadanie o Iwaszkiewiczu. Smakował ten wieczór, cieszył się nim, i wiedział, że w pociągu znów zacznie czytać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s