Poranek, piąta rano. Wilgotnym lasem wieje od zachodu i deszcz zatrzymuje krople na lusterkach. Mokre Młociny. Bezwstydnie optymistyczny rodzi się dzień, więc na krześle zadzieram głowę i wpatruję się długo w niebo. (Śniło mi się, że po takim niebie, ale nie tym samym, sunęły kaczki w kluczu, ale dzisiaj jedynie obłoki).
Mija dzień.
Wieczorem idę przez was, stare osiedla o zapachu nagietków i wódki. Jesień kładzie się pomiędzy grzbietami kotów. Szukam świateł supersamu, ale ciemność czai się już w krzewach.
(Przyznacie, że tragiczne są skutki czytania o skamandrytach).
