Peter Hessler, Przez drogi i bezdroża, Czarne 2013

 

Księga I. Mur

Jest taki skecz Monty Pythona o podróżach rowerowych, w którym bohater opowiada o tym, co się stało z jego kanapkami i innym prowiantem. Brzmi on podobnie do zapisków Hesslera: W prowincji Gansu dopiłem resztki napoju Gatorade. Batoniki Dove skończyły się w prowincji Ningxia.

Sądziłem, że o ile „Wielki głód” będzie trudną książką, o tyle ten tom okaże się apetyczny. Jest dokładnie na odwrót. Hessler irytuje od pierwszej strony: swoimi pseudouczonymi wywodami, swoją manierą wszechwiedzącego narratora, błędami faktograficznymi (myli rewolucję kulturalną z Wielkim skokiem na s. 68). Jego amerykańskość wyziera z każdej strony: obserwuje mieszkańców mijanych miast i wie lepiej.

Dajmy na to tłumaczenie nazw miejscowości i zastanawianie się nad etymologią. Powtarza do znudzenia, że mija miejscowość Rozgromić Hu i że on jest tym Hu (barbarzyńcą) i jak wiele z tego wynika.

Mapa: trasa opisana w tekście i trasa na mapie nie są do końca zgodne. Nawet nie chodzi o to, że niektóre miasta z mapy są pominięte, ale że opis wskazuje na to, że jedzie inaczej niż zaznaczono na mapie.

 

Księga II. Wieś

Tu już nie ma drogi. Jest opowieść o zmieniającej się wsi i rodzinie Wei. Przepraszam, ale ja cały czas dostrzegam, że Amerykanin patrzy z góry na Chińczyków i na wieśniaków.

Czasem opowiada warte uwagi ciekawostki jak np. szczegóły dotyczące chińskiej podstawówki, ale musi je opatrzyć obowiązkowym komentarzem, że nauka pamięciowa nie jest kreatywna. Komentarze dotyczące niejadalności orzechów włoskich rozbawiły mnie zupełnie.

No i jest jeszcze wątek bohaterski: dzielny Jankes ratuje chińskie dziecko korzystając z porad przyjaciół z New Jersey i wbrew pekińskim lekarzom (prawie doktor House).

 

Księga III. Fabryka

Jeśli warto czytać Hesslera, to dla tej części. Myślę, że ze spokojnym sumieniem czytać należy od s. 321. Wreszcie można dowiedzieć skąd bierze się wszystko: guziki, rakiety tenisowe, skarpetki.

Oglądamy Chiny w industrialnej gorączce, Chiny migrantów i spełnianie się chińskiej wersji American dream. Autor oczywiście utyskuje, że należy inwestować w innowacyjną edukację, ale chyba nie chodzi mu o to, co zrobiono z edukacją w Europie w mniej więcej w tym samym czasie i pod szczytnymi hasłami.

Tutaj najciekawszym fragmentem są rozmowy prowadzone z artystami, którym malowanie nie sprawia przyjemności, ale daje dochód dzięki ciągłemu kopiowaniu widoczków Wenecji na potrzeby światowego przemysłu hotelowego.

Jedno tylko nie daje mi spokoju: gdzie w biustonoszach są kółeczka o milimetrowej średnicy, których produkcją zajmowała się opisywana fabryka?

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s