Podróż do Chin. Alfabet

Alfabet. Od niego zaczynam, bo go najbardziej brakuje. Próbuję rozgryźć poszczególne znaki. Kilku się nawet uczę w nazwach miejscowości, ale jak można żyć bez tego uporządkowania od alfy do omegi, od a do z? I jak – to pytanie chodzi za mną wciąż – oni piszą esemesy?

Buddyzm. Do Wutaishan dojeżdżaliśmy nad ranem z przesiadką z nocnego pociągu. Kierowca wyprzedzał na serpentynach. Gdzieś mi w głowie brzmiała wariacja na temat wiersza Jarosława I.: Wiedz, że setki buddów modlą się za nami. Wutaishan pięknie pachniał kadzidłem i na zdjęciach jest orientalnie kolorowy. Czuliśmy się jak ateiści na Jasnej Górze. Figury, posągi, modły, pokłony. Zastanawiam się, czy europejscy buddystyczni neofici też potrafią tak wierzyć i potrafią wyjaśnić kim są ci ze złota, czy tylko buddyzm traktują jako oryginalną etykietkę, skrywającą własną próżność (ba, próżnię)?

Chengde. Zdecydowaliśmy się, że w czwartek opuścimy Pekin. Znalezienie się na dworcu autobusowym wcale nie było łatwe. Ze stacji metra Sihui biegiem przez skrzyżowanie, tutaj dworzec autobusów miejskich, tu jego druga część, wreszcie – trafiliśmy. W poczekalni siedzimy na dworze, w klatce, bo już po prześwietleniu bagażu. Smog nad nami, ktoś spluwa pestkami, ktoś się gimnastykuje. Kiedy autobus wraca już z Chengde, zatrzymuje się na parkingu na siku i papierosy. Chłopak siedzący dotąd przy oknie, nie wraca z wc, choć klakson. Autobus zamyka drzwi i odjeżdża. Na wolne miejsce przesiada się ktoś z tyłu. Bardzo pouczająca lekcja chińskiego.

Dzieci. Dzieciom w wieku od 2 do 4 lat wyciąć w spodniach dziurę mniej więcej po szwie na kroku, umożliwiając swobodę załatwiania potrzeb fizjologicznych. Dziura może przybierać formę nacięcia lub wycięcia w zależności od fantazji rodziców. Myślę, że pomysł z dziurą sprzedałby się na forach rodzicielskich w Polsce, byleby go opakować w jakąś ekologiczną lub zdrowotną ideologię np. z wielką dziurą lepszy kontakt z naturą.

Europejska kultura. Choć się jej wypieramy – istnieje. Choć się jej wstydzimy, z natury jesteśmy monoteistycznie podejrzliwi i jakąś taką niesamowitość wyczuwamy wchodząc do świątyni boga dobrobytu. Jakby się nagle znaleźć w starożytnym Rzymie i oglądać posąg ubóstwionego cezara. Wcale nie Britney Spears puszczana w kawiarni nas wyróżnia, ani coca-cola – też nie. Kultura europejska to ta, w której wierzono lub wierzy się w cierpiącego Boga: koncepcja nie do przyjęcia w miejskiej świątyni w Pingyao.

Filmiki. Puszczane w autobusie z Wutaishan do Taiyuan obrazki układane są w sekwencje filmowe. Są to: śmieszne obrazki i zdjęcia z wypadków drogowych, raczej nie śmiertelnych (autokar komentuje), modelki europejskie (autokar wpatruje się z zainteresowaniem), modelki chińskie (autokar nie wyciąga głów aż tak bardzo), samochody, obiekty latające zidentyfikowane, statki i jachty (autokar zaciekawiony, ale część śpi).

Góry. Zastanawiały nas tabliczki z napisem „No climbing” drugiego dnia w Pekinie. Dlaczego one przy ogrodowych skałkach? Kiedy dnia czternastego byliśmy w Górach Żółtych (Huangshan) wszystko już było jasne. Przed wejściem w góry Chińczycy zaopatrują się w jedzenie, dużo jedzenia (więcej niż do pociągu), ładują je w reklamówki; na stoisku na dole kupują pamiątkowe laski (odpowiednik ciupagi z Zakopanego); potem ruszają. Po górach chodzi się powoli, przystając co kilka schodków na odpoczywanie, jedzenie, podziwianie widoków, pamiątkowe zdjęcia. Przystają wszyscy, nikt nikogo nie wyprzedza, schodzący blokują wchodzących i na odwrót. Po kilku kwadransach już wiemy dlaczego trasa, która zajmuje na oko dziesięć minut została na mapie oznaczona jako „30 min”.

Hutongi. Tak sobie wyobrażam Lubartowską w Lu. w czasach przedwojennych. Ludzie siedzą przed domami i grają w karty, obok ktoś się goli, ktoś inny gotuje. Dzieci ganiają po ulicy. Psy śpią w słońcu. Całe towarzystwo rozgania przejeżdżający wóz. Trochę hałasu i wszystko wraca do zwyczajnego obrotu rzeczy. Można opisywać to w kategoriach fotogeniczności, ale jest coś ważniejszego w hutongach – wspólnota sąsiedzka, coś co w Polsce, w erze dwudziestu kanałów telewizyjnych, zaginęło prawie zupełnie. Takie to fascynujące, że wybaczysz nawet splunięcia i śmieci z okolicznych barów.

Izraelczycy. W Wutaishanie byliśmy jedyni obcy. Pewna pani z Hongkongu była przynajmniej anglojęzyczna (co nam umożliwiło w miarę bezproblemową rejestrację w hotelu). Krążyliśmy po buddyjskich świątyniach i nagle trafił się on, z Izraela, zupełnie jak my zagubiony, kompletnie zafascynowany. Spotkać się na dziedzińcu z Buddą i tak się ucieszyć. Następnego dnia, w autobusie, zjawiła się para: backpackerzy z wymaganiami, też z Izraela, pokolenie młodsze od nas o Iphone’a. Ciągle nam w hotelach i dworcach mylono paszporty: w Chinach Polska i Izrael okazują się być bliższe niż w rzeczywistości.

Jedzenie. Dużo jedzenia. Jedzenie w reklamówkach do pociągu: owoce, zupki do zalewania wrzątkiem, kurze nóżki, gotowane jaja kurze i przepiórcze, herbatka w termosikach, wołowina w folii o smaku kociej karmy (próbowałem, a jakże!), parówki (o słodkawym posmaku). Jedzenie jako obrzęd. Jedzenie jako ofiara dla bogów. Czy twój bóg lubi ogórki? Mój pasjami ogórki – zanotowałem w Wudangshanie. Jedzenie w reklamówkach z pociągu: kiedy jeść, jeśli się śpi?

Komunizm. Wyobrażałem sobie, że w komunizmie ludzie są nieszczęśliwi. Tymczasem nie widziałem przez te trzy tygodnie wielu nieszczęśliwych. Ba, oprócz haseł na transparentach, nie widziałem też komunizmu, raczej zapalczywy kapitalizm. Owszem pojawiał się Mao, ale w sklepach z pamiątkami, pomiędzy maskotkami z chińskim zodiakiem a terakotową armią. Był Mao na papeteriach i jego czerwona książeczka, i Mao był na czapeczkach i na koszulkach. Mao – Obama był hitem. W sklepach wygłodniali pamiątek Europejczycy kupowali Mao, tak jak się kupuje Che Guevarę albo Audrey Hepburn. Potem wsiadali do swych autokarów i mówili, że komunizm się sprawdził, a u nas ta – tfu! – demokracja.

Lotnisko. Szukaliśmy spożywczego na lotnisku w Szanghaju. Cztery piętra ma lotnisko krajowe. Był Dior, Givenchy, były zegarki Omega, Ermenegildo Zegna się pojawiał, Versace też, ale spożywczego nie było. Pomiędzy bramkami przejeżdżał samochód dla vipów z teczkami i walizeczkami, lotem krajowym na następne posiedzenie zarządu lub briefing. Tutaj nikt nie wyciągał zupki.

Mundury. Mundury w Chinach mają znaczenie, toteż mundur ma ochroniarz i sprzątaczka w pociągu. Mundur ma przede wszystkim milicjant, w końcu to państwo milicyjne (właściwie: mundurowe). Staliśmy w ogonku do kolejki linowej na Huangshan, tłum się kłębił a my bez biletu, a kasy nie widać. A. ze słowniczkiem obrazkowym zaczepiła milicjanta. Ten przywołał przewodnika wycieczki i kazał nam odsprzedać dwa bilety.

Napoje alkoholowe. Normalnie to ja nie lubię piwa (oprócz tych miłych chwil z H., Dż. i R.), ale w Chinach smakowało w tych obskurnych knajpach z pysznym jedzeniem pod portretem Mao. Może dlatego, że najmocniejsze miało 3,2% a piliśmy również takie, co i 2%. Nie spotkaliśmy przez cały ten pobyt nikogo pijanego, za to ciężką pracę widać od samego rana (inaczej niż w kraju nad Wisłą).

Onętki. Takie kwiaty różowe i fioletowe z żółtymi środkami. Zawsze sądziłem, że typowo polskie. Tak samo jak wierzby płaczące, aksamitki, orzechy włoskie (z ziemi włoskiej do Polski?) i sroki. Nic bardziej mylnego od naszych wyobrażeń o swojskości. A pierogi na śniadanie? Według podobnego przepisu autor bloga robił kiedyś parowańce, nawet nie przeczuwając, że uprawia tradycyjną kuchnię chińską.

Pociągi. Wsiadanie: pasażerowie ustawiają się w kolejki na peronach w oznaczonych miejscach, gdzie zatrzyma się dany wagon. Sprawdza to konduktor, który również wyrównuje linie kolejek. Gdy pociąg wjeżdża kolejarze stają na baczność; Jedzenie: wózki przejeżdżające przez wagon – 1) z owocami; 2) z zakąskami, zupkami i napojami; 3) z potrawką i ryżem; Wrzątek pobiera się z bojlera na końcu wagonu; Sprzątanie: pani w mundurze przechadza się i sprawdza czy sznurki od toreb i plecaków nie zwisają, gdy zwisają – krzyczy. Kiedy ludzie zasypiają, pojawia się pan ze zmiotką i szufelką i każe podnosić nogi. Potem już tylko mopem.

Ruch drogowy. Autor bloga w dzienniku zapisał kilka zasad, o których powinno się pamiętać korzystając z ulic w Chinach (obserwacja uczestnicząca wskazuje, że zasady te mogą się różnić w zależności od okolic): a) nikt nam nie wmówi, że zielone jest zielone a czerwone – czerwone; b) pierwszeństwo mają taksówki, motory i riksze, duże samochody osobowe, najlepiej czarne, potem – o ile się uda – piesi (w Szanghaju pierwszeństwo przed taksówkami mają rowery i motory); c) zmiana pasa: nacisnąć klakson, a następnie pedał gazu; d) przechodzenie przez jezdnie dzieli się na etapy: przechodzenie przez pasy – oczekiwanie pomiędzy pasami; e) jazda nocna serpentynami – przed zakrętem: zatrąbić, zamrugać światłami, wcisnąć gaz.

Słodycze. A. nie mogła w to uwierzyć – nie było słodyczy. Wypróbowywaliśmy w pekińskim supersamie wszystko: ciastka z fasolą, ciasteczka o nazwie „francuskie”, które miały przypominać mufinki, rurki z nadzieniem o egzotycznym niesmaku. Dopiero w Wudangshanie ten biszkopt, miękki, domowy biszkopt. Biszkopt za jednego yuana, wielojajeczny, żółty. Jeśli będziecie w Wudangshan, to jest taki sklep przy głównej ulicy i tam jest on, czeka.

Turyści. Szukaliśmy w Wudangshanie hotelu po omacku. Autobus zawiózł nas do skrzyżowania, a nie wydrukowaliśmy mapy ani nazwy hotelu po chińsku. Dwójka z plecakami i torbą w obcym mieście wieczorem. Pan sam nas zapytał, chodził i odpytywał ludzi, gdzie jest nasz hotel, którego nazwę odczytał w pinyin. Biegał tu i tam, wreszcie wskazał nam kierunek i napisał: pięćset metrów. Ale nie było. Było dużo hoteli, ale nie ten. Jakaś pani w innym w recepcji zamówiła nam taxi. Był po drugiej stronie ulicy. Następnego dnia przypomniał mi się „Kajko i Kokosz na wczasach” i ten dialog o Kajku, który się męczył, niosąc na plecach Kokosza, i wypowiedź jakiejś niewiasty: Ciii, to turysta.

Urządzenia gimnastyczne. Owszem można chińskie sukcesy sportowe przypisywać anabolikom i katordze sportowców, niemniej na ulicach stoją publiczne urządzenia jak na siłowni a ludzie w parkach razem ćwiczą. Tu panie ćwiczą aerobik, tam grupa mieszana – akrobacje z piłeczką, znowuż w tamtej altanie – taniec z wachlarzami. Nie wspomnę o tym, że śpiew też ćwiczą, i grę na instrumentach, i tai-chi.

Wielki Mur. Autor bloga planował opisywanie Chin przy użyciu wersów w stylu poezji chińskiej. Udało mu się ułożyć dwa wersy: Wielki Mur dźwięczy/ tysiącem cykad. Puenta miała być o turystach, ale nigdy nie udało się jej stworzyć.

Xidi. Ciężko dojechać do Xidi, jeśli się nie jest wycieczką ze szkoły artystycznej. Ciężej wyjechać z Xidi, jeśli uciekł autobus, gdy się było w wc. Siedzieliśmy ponuro patrząc, gdy zjawił się pan w typie małomiasteczkowego biznesmena. Dokąd jedziemy? Do Hungcon? Samochód już czekał na przystanku: może nie dało się utargować ceny, ale cały dzień znowu był przed nami. Klimatyzacja działała w toyocie.

Yuan. Na lotnisku wymieniamy walutę. Kilka Benjaminów Franklinów nagle w portfelu zmienia się w plik czerwonych Mao. Jesteście bogaci, że tak podróżujecie – mówi nam pani recepcjonistka w uroczym hotelu w Tunxi (nierozwiązana zagadka geograficzna: czym Tunxi różni się od Huangshanu, tzn. dokąd jedzie autobus do Huangshanu, skoro hotel w Tunxi ma huangshański adres?).

Zakazane Miasto. Z tych wszystkich świątyń, bram i pawilonów (podobnie zresztą jak w Pałacu Letnim) największa pozostaje mi fascynacja poezją nazw: Najwyższa Harmonia, Słuchanie Wilgi, Literacka Chwała, Niebiańska Czystość, Kształtowanie Charakteru, Podziwianie Księżyca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s