Autor bloga i sztuki piękne

Zarówno sobotnia lektura („Nasze własne, nasze polskie. Mit renesansu lubelskiego w polskiej historii sztuki” Kingi Blaschke), jak i wystawa „Sztuka wszędzie” (kończąca się już bardzo niedługo. Ach pospieszcie się, pospieszcie, tak jak się autor bloga z małżonką pośpieszył!) skłaniają autora bloga do refleksji nad relacjami władzy i sztuki (przy tym należy zaznaczyć, że autor bloga – co chyba wiadome – łatwo ulega urokowi architektury patetycznej, a w takiej się lubuje każdy reżim.)

Książka (bardzo ładny papier, ale zapach kleju drukarskiego nieznośny, podobnie nieznośna cena) jest właściwie esejem o nacjonalizmie w historii sztuki. Pełno w niej rozważań, od Hobsbawma do Engelsa, ale brak samej sztuki. Autorka nie próbuje charakteryzować „renesansu lubelskiego”, dokonywać porównań, wskazywać twórców, stąd wiele wątków (rola ludowości dla idei narodu, powstanie mitu Kazimierza Dolnego jako wzorcowego polskiego miasta, polonizacja Wita Stwosza) a wszystkie tylko muśnięte.

Jeśli się bliżej przyjrzeć, to Kindze Blaschke udaje się zdekonstruować nie sam „renesans lubelski” (w gruncie rzeczy będący pretekstem do rozważań nad relacją władzy i sztuki), ale dyskurs o nim. Może dlatego czuję niedosyt po ostatniej, siedemdziesiątej piątej stronie.

(Niemniej fascynujące jest odkrycie tego, że renesans był ulubionym stylem marksistów.)

Wystawa w „Zachęcie” pokazuje Dwudziestolecie przez pryzmat sztuki hołubionej przez władze. Jest to w Polsce nadzwyczajna sytuacja: władza ceniąca sztukę tak bardzo, że do swoich biur każąca zamawiać najnowsze projekty wyposażenia wnętrz (bardzo dobrze je widać zresztą w zachowanych wnętrzach Ministerstwa Edukacji Narodowej). Władza chcąca otaczać się pięknem (przecież to nie do pomyślenia w czasach kiczowatych pomników i biurowej bezstylowości!) I jest ten modernizm sztuką propaństwową, sztuką programową, ale przede wszystkim sztuką piękną (wystarczy porównać projekt Świątyni Opatrzności Bożej autorstwa Bohdana Pniewskiego, dopracowany w każdym szczególe, każdym ornamencie i koszmarny betonowy silos wznoszony na polach na południu Wa.)

Nachodziło nas co jakiś czas odczucie, że mielibyśmy Barcelonę. Co się stało ze sztuką potem? Z jednej strony dekonstrukcja piękna (po Holokauście piękno nie może istnieć – jest w tym stwierdzeniu prawda), ale z drugiej – czemu dzisiaj sztuka propaństwowa, „nowa sztuka narodowa” obróciła się w kicz? Czemu stawiamy koszmarne gipsowe orły i papieży z żywicy?

Symbolem dla mnie pozostają wnętrza transatlantyków, dopracowane do najmniejszego szczegółu: do łyżeczki i karty menu, zachwycająco estetyczne (ach, „Dziewczynka ze skakanką” Alfonsa Karnego). Może rzeczywiście budowanie ogromnych statków to wyraz megalomanii, ale za to megalomanii jakże pięknej z wyglądu. (Do dalszych refleksji: transatlantyk jako metafora przedwojennej Polski.)

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s