Zwykle rano jeżdżę sto osiemdziesiąt. Sto osiemdziesiąt jest przedłużeniem sypialni. Przy przystankach są jakieś gwałtowne ruchy, ale potem wszyscy znów zapadają w głębszy sen.
Czasem jednak coś mnie skusi, żeby jednak nie sto osiemdziesiąt. Na przykład rogale z cukierni na jednej ze stacji metra, gdzie mogę wysiąść. Wsiadam wtedy w autobus do stacji metra, gdzie mogę wsiąść i zamiast czytać, obserwuję jak z ludzi wychodzą przyczajone zwierzęta.
– Może pani zejść? – odzywka nerwowego chłoptasia do całkiem miłej staruszki zabrzmiała jak zaklęcie z Pottera. Nieważne, że dotyczyło paska od plecaka a nie opuszczenia tego łez padołu.
(Tak sobie pomyślałem, że ja bym się przejął i mogłoby to się źle skończyć, ale mam nadzieję, że to była staruszka z hepi endem).
