(Wyszliśmy z kina: ja oczarowany, A. opisująca film jako „wyciskacz łez”. Zupełnie inaczej niż oczekiwałyby tego narzucane nam role płciowe).
Jane Campion pisze herstorię, pisze ją subtelnymi zdjęciami, doskonale dobraną muzyką, dbałością o szczegóły, ujęciami pełnymi poezji. Tak właśnie powinno się – jak sądzę – opowiadać biografie poetów (podobnie jak mistrzowski Forman opowiadał biografie kompozytorów).
Za sztafażem kostiumowego filmu rozgrywa się dramat całkowicie współczesny. Gdyby ich wyjąć z tych kostiumów i rzucić na jedno z osiedli Wa. mogliby odgrywać taką samą historię. (Wieki mijają, a ludzie wciąż tak samo zagubieni.)
(3,5/4,5)
