Kupując „Erynie” w kiosku na stacji centralnej złamałem zasadę nieprzepłacania za książki. Jednakże było to jedyne rozwiązanie, chroniące przed zanudzeniem się na śmierć w nieśpiesznie mijającym pola rzepaku intercity do Gdańska.
Wybór tytułu trafny. Czyta się z zainteresowaniem, choć Lwów jakoś mniej mroczny niż Breslau. Intryga prowadzona zaskakująco.
Jedno mnie niepokoi: komisarza Popielskiego nie potrafię polubić. Chociaż to brat bliźniak Eberharda Mocka, to temu drugiemu o wiele więcej wybaczam, nawet te rozprawy w ciemnych komórkach i pod Breslau kanałach.
(Może wynika to z moich własnych, osobistych stereotypów?)
