
Manon Gauthier-Faure, Duchy z jeziora. Tajemnice wsi w Szampanii, tłum. Anastazja Dwulit, Czarne 2026
Trochę zdziwiłem się, że z „Suliny”, bowiem „Duchy z jeziora” to reportaż poetycki, w którym granice miejsc, jak to w liryce bywa, ulegają zatarciu.
Po domu opieki, położonym w zamierającej wiosce, gdzieś na głębokiej francuskiej prowincji, nocami spacerują dwie przyjazne dziewczynki, wzbudzając u trawionych demencją pacjentów czułość i opiekuńczość.
Opowieści, które filmowcy przerabiają w horrory, okazują się opowieściami o nas samych, naszej pamięci, zapominaniu, wybiórczości.
Układanie w całość historii sióstr, które pewnego deszczowego dnia w maju nie wróciły ze zbierania ślimaków na łąkach, bardzo przypomina prace nad odzyskaniem z niepamięci Assii i Shury Wevill z moich ostatnich lektur. Tu też tropy są niepewne i tylko mogiłka na cmentarzu zapełnionym kilkoma nazwiskami świadczy, że zdarzyło się naprawdę.
Rok 1978, czyli całkiem niedawno.
Opowieść z Varin-le-Haut, gdy rozbierze się je na elementy składowe – druzgocące zdarzenie, rana w społeczności, jego wyparcie jako metoda zabliźnienia, długie trwanie w formie symbolu, fantazmatu, tabu – powtarza się w naszych miejscowościach czy rodzinach. Czy będzie to brutalne zabójstwo w kościele w K., dokonane w czasie wojny, czy brak wpisu ojca w metryce pradziadka – schemat jest dokładnie ten sam. Manon Gauthier-Faure słusznie zauważa, że te opowieści wymagają domknięcia: to dopiero ono na moc zaleczenia – temu służy zarówno terapeutyczna praca autorki, której owocem są „Duchy z jeziora”, jak i dziwny obrzęd w rodzaju dziadów dokonywany przez jednego z bohaterów.
Praca z takim zdarzeniem, co również pokazują „Duchy z jeziora”, jego odtwarzanie, próba przywrócenia pamięci nie pozostają bez wpływu na autorkę. Zaczyna ona pełnić rolę lokalnego trickstera, na zawsze wplątując się w historię, stając się jej kolejnym etapem.
Czułość – to słowo-klucz tej opowieści.
