
jeżozwierz
to był dziwny sierpień, bardziej melancholijny niż zwykle bywa koniec grudnia.
chęć ujrzenia jeżozwierza rosła w nim stopniowo. to byłoby coś, lepsze nawet niż zaćmienie. dlatego mówił brakuje kefiru i jechał do galerii bemowo, uważnie obserwując jezdnie i pobocza. może się zdarzy.
z napięciem śledził kolejne doniesienia. przechodził koło ronda babka. widziano go na ogródkach działkowych. tuptał po egzaltowanym. jak detektyw nanosił kolejne pojawienia się na mapę: osaczał go jeżozwierz.
nie mogą go złapać, bo gdy się na niego natkną, filmują zamiast dzwonić po policję – mówiła A. i jak zwykle miała pewnie rację. wychodził na balkon, obejmował wzrokiem panoramę od góry śmieciowej po wierzchołki woli i zastanawiał się, gdzie może się podziewać.
bo że był gdzieś tam, było pewne. podgryzał korę, wygrzebywał bulwy albo korzenie, chował się w zaroślach, czym się wabi jeżozwierze?
może lepiej go nie przywoływać. w autobusie roztrzęsiona pasażerka opowiadała, że zabili dziki na żoliborzu. sześć malutkich, co one winne. jeżozwierz tymczasem, jak czytał w telefonie, włamał się do dentysty.
brakuje sera na serniczki, pojadę do kerfa – powiedział wieczorem.
