
This one sunny summer day in Gdynia
Od dwóch lat starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że Ag. po prostu zniknęła. Przeciwdziałał zapomnieniu, mimo że, zgodnie z logiką upływającego czasu, Ag. i Dziecko powinni już dawno odpłynąć każde w swoim kierunku i stać się co najwyżej własnym rozmazanym wspomnieniem z dzieciństwa. W końcu i tak odpłyną, znastoletnieją, zapomną: tak musi się stać. I nigdy nie będą już tak blisko siebie, jak tamtej zimy i wiosny, kiedy wracaliśmy razem przez osiedle, grając w berka. I on nie będzie już nigdy tak blisko Dziecka.
Szli wąskim skrawkiem lądu, nad nimi zwisały drzewa, gęste listowie podbiałów – wyobraził sobie marcowe połacie żółtych kwiatów. Na redzie majaczyły sylwety statków. Ag. budowała własny – pokład miał z kawałka styropianu, maszty z pałeczek od sushi, mewie pióro zastępowało banderę. Za lekki.
A może – tak uważała A. – to jemu zależało bardziej niż Dziecku. Prowadził własny eksperyment na przekór.
Tymczasem Ag. i Dziecko byli czarodziejami. Ag. zamierzała uszczęśliwiać cały świat i spełniać życzenia, Dziecko niestety wprost przeciwnie: dążyło do absolutnej władzy.
Po raz kolejny Gdynia go zachwyciła. Może z powodu sierpniowego światła wydawała się miastem wyjętym z Południa. Jej plaża nie odgradzała się od miasta, tylko otwierała się na nie szerokim waterfrontem.
W tej całej historii z Ag., którą pisał, było dużo filmowych scen, zaczynając od tamtego lipcowego pożegnania. Teraz podobnie: pociąg ruszył, a Ag. biegła machając wzdłuż peronu. Aż stała się tylko małym punkcikiem gdzieś z tyłu a nastawiony na cały regulator konduktor z głośnika obwieścił: następna stacja Gdańsk Wrzeszcz.
