
Lipiec niespokojny
1.
Kiedy wróciliśmy z gór, okazało się, że większość naszych roślin na balkonie umarła. Mieszkamy teraz z umarłymi.
Najgorzej agrest, mówi A.: poparzył się. Idę z konewką i po drodze próbuję poparzonego agrestu a on smakuje jak rodzynki albo kandyzowane owoce. Po prostu stał się agrestem metamorficznym.
2.
Pracuję w kinie – tak przynajmniej myślą ludzie, którzy mijają mnie rano, gdy z płócienną torbą wchodzę pod litery K I – ale dawno nie widziałem żadnego filmu. Czasem w koszu kino wystawia plakaty. Jak któryś szczególnie mi się podoba, biorę go ze sobą i układam na stosiku.
Obiecuję sobie, że kiedyś je obejrzę. Może wtedy jak przeczytam wszystkie książki, które należałoby przeczytać. Ale uświadamiam sobie, że wtedy pewno nie będę już widział, więc w pewnym momencie będę musiał wybierać: czytanie czy oglądanie. Zakładając, że dłużej zachowam ucho – na razie na koniec odkładam słuchanie.
3.
A potem upał zrzedł i nastąpił zwyczajny chłodny lipiec. Nie od razu, stopniowo. Trwaliśmy w niepewności, pozwalając dniom płynąć. Dziecko odwieźliśmy daleko: była to wyprawa pozbawiona krajobrazów, i prawie natychmiast, może już w korku w Łomiankach, zaczęliśmy za nim tęsknić jak opętani.
Potem niż się już tylko pogłębiał. Kazanie się nie kleiło. Tiktoki nie pocieszały. Ptaki dziwnie milczały. A. wyprzedawała wyrośnięte ubrania a ja drukowałem etykiety na paczki.
4.
Kupiłem czereśnie, dużo czereśni. W warzywniaku, jak nigdy, utkwiłem w kolejce między niecierpliwą kobietą z owocami a dziewczynką, której smakowały nektarynki.
Kiedy umarła, trzydzieści lat temu, jadłem tylko czereśnie. Tyle z tego pamiętam: talerz na kuchennym stole z tą biało-pomarańczową odmianą, która nigdy nie jest do końca słodka.
Działo się to nagle, pekaes nie zdołał dobrze odjechać z R. i prawdopodobnie mijał ją umierającą tam na schodach, a potem zachłystującą się krwią na podłodze w kuchni, ale nie było telefonów komórkowych i mogłem przez dwie godziny spokojnie oglądać Kock i Lubartów, kołysany warkotem pomarańczowego autosana, aż na rogatce, tej, której zwykle wysiadała, usłyszałem, co się stało i wcale nie uwierzyłem.
Potem czereśnie. Łapie mnie ulewa, kiedy wybieram same mięsiste i rubinowe. Moja marynarka jest przemoczona.
Wtedy, w te histeryczno-żałobne dni, poszliśmy z ciotką na ryneczek po czereśnie. Słuchaj – powiedziała, kiedy nabieraliśmy owoce do papierowej torby – Nie można ciągle płakać. Trzeba żyć dalej. Brzmi to banalnie, ale nikt tego wówczas nie powiedział tak jasno i dobitnie. Tamten lipiec minął, a potem trzydzieści lat.
Drugi raz tyle czereśni zjadłem dopiero w Lato Narodzenia.
