księgarnia 42/26

Gatunki alaskańskich łososi, źródło: kenairiverside.com

Melinda Moustakis, Alaskę masz we krwi, tłum. Jarek Westermark, Czarne 2026

Od pierwszego tekstu, tego jednostronnicowego, porywa mnie zbiór opowiadań Melindy Moustakis. Może tego właśnie potrzebuję: amerykańskiej prozy, twardej, zwięzłej i wietrznej. Jest lipiec, nie luty, ale wypisuję, żeby mieć w zanadrzu:

Jest, jak mawia Jack, Jebany Luty, kiedy wszyscy dostają pierdolca i strzelają sobie w łeb. Jean trzyma jego broń pod kluczem od Gwiazdki po Wielkanoc, od Dzieciątka Jezus po Trupiątko Jezus i Jednak Żyjątko Jezus (s. 82).

Jest w tej książce dużo łowienia ryb, różne gatunki łososi ślizgają się między opowiadaniami. Jako konsument pomarańczowych płatów, przyglądam się  im z fascynacją. Podobnie jak u Hemingway’a jest w tym łowieniu na podstępnej Kenai, zmaganie nie tylko z naturą, ale i z własnym losem: życiołowienie.

Nie jest to los łatwy. Kłóci się ta proza z zapisanymi w pamięci serialowymi obrazkami z Cecily na Alasce, tak uroczo harmonijnymi, że przez pewien czas, w burzliwych dziewięćdziesiątych, stały się synonimem krainy łagodności. Tymczasem u prawdziwszej Moustakis, Alaska to pół roku ciemności, ubóstwo, przemoc, niebezpieczeństwa i alkoholizm. Łowienie łososi jest więc jednocześnie zawodem, hobby, psychoterapią i ucieczką.

Bohaterowie opowiadań, tacy jak rodzeństwo, dzieci Lisa i Polarnej Niedźwiedzicy, wracają w kolejnych tekstach. Jak w powieści przywykamy do nich. Nie można tak robić, ale próbuję rozgryźć, ile w tym tekście autofikcji.

Pod wpływem książki sięgam po mapę. Odnajduję na niej bezludny ogrom i pojedyncze kropki miast, drogi, które urywają się w interiorze. W tej skali jest się tylko maleńkim zagubionym punktem. To dlatego tak trudno uciec z Alaski.

Dodaj komentarz