
czerwiec rozpalony
1.
w katastrofę weszliśmy jak w codzienność. ustawiono prysznice w kilku punktach miasta. wydano wytyczne o niewychodzeniu z domów. fala upału nie przypominała tsunami.
2.
w bezruchu powietrza natrafiam na nią, na truskawczarkę (czy jest takie słowo?) na tle bezchmurnego nieba, pośród jasnych łubianek, schyla się ku niewidocznej wadze. miąższość lata (znowu titktok a nie Watteau).
nigdy więcej jej nie oglądałem, była tylko chwilą tamtego upalnego przedpołudnia.
3.
o dziesiątej pierwsze dzieci jedzą lody w obskurnych lokalach. pierwsi nietrzeźwi wychodzą obsiadywać poręcze na Jana Pawła.
4.
przerażające, powtarza pasażerka miejsce w pociągu przede mną. zapewne o życiu.
5.
w czwartek siedzę na Plantach. próbuję ochłonąć. dopadła mnie utrata pisania.
6.
zachwycające – zawołał do telefonu starszy mężczyzna na wystawie „Gotyk w Karpatach”, aż go uciszała sąsiadka a ludzie patrzyli ze zgorszeniem.
nic mnie nie zachwyciło, za dużo już może widziałem innego gotyku. jedynie sposób padania światła na rzeźby (jaki sens, swoją drogą, zamiast rzeczy pokazywać ich zdjęcia?)
z przejęciem za to odczytałem o poczęciu przez ucho jako zagadnieniu pobożności maryjnej. (bardzo nie na miejscu, wybaczcie, upał, przypomniała mi się wyczytana kiedyś w powieści Cohena masturbacja cewki moczowej).
7.
była to rzadka okazja, podczas której mówiono jeszcze polsko-ukraińskim z wiosny dwudziestego drugiego. obrazy, oprócz jednego, były raczej złe, cóż począć z prowincjonalnym akademizmem.
wino w przeciwieństwie do miasta było chłodne. zostało mi na języku, kiedy wybiegłem na rynek.
8.
biało-czarne piątki końca roku. zawsze popadałem w melancholię. ci, za którymi tęskniłem tak bardzo, zapomniałem o nich.
