
Ernest Hemingway, Mieć i nie mieć, tłum. Jan Dzierzgowski, Marginesy 2026
Kiedy czytałem „Miami” Didion, postanowiłem pojeździć po mapie Florydy i tym sposobem dotarłem do Key West. Key West wyglądał jak spełnienie moich podróżnych marzeń: cypel, wyspa, kraniec. Nic dziwnego, że program rewitalizacji wdrażany w ramach New Dealu zakładał położenie nacisku na turystykę. Podobnie jak nic dziwnego, że dom Hemingway’a został wskazany jako atrakcja turystyczna (choć jeszcze z autorem w środku), czego on sam nie znosił. Zwiedzałbym.
Już pierwsze zdanie powieści, to mówiące o poranku w Hawanie, podpowiada mi, że to jest ten rodzaj Hemingway’a, za którym przepadam. Powieść zwięzła i twarda z wyrazistymi postaciami, taka, w której jest przemoc, alkohol i coś, co u innego autora, byłoby zwykłym patosem, a tutaj jest, bo ja wiem, rodzajem wzniosłości?
Key West w „Mieć i nie mieć” leży na granicy światów.
Ten pierwszy (problemy pierwszego świata) reprezentują dosyć zepsuci, a przede wszystkim cierpiący na ciągłe ennui i brak wrażeń, możni zasiedlający wille i jachty. Narrator opowiada o nich kąśliwie i nietrudno się domyśleć, że przy jego pomocy autor załatwia własne porachunki.
Ten drugi, świat głównego bohatera, Harry’ego Morgana, to rzeczywistość Wielkiego Kryzysu, nietrafionych decyzji władz, przemytu, nielegalnych transakcji i zwyczajnej biedy. Po jego stronie staje autor, co samo w sobie jest przewrotne, zważywszy na to, że E. H. był wówczas typowym obywatelem pierwszego świata.
Oba światy łączy alkohol: bohaterowie zachodzą do baru u Freddy’ego i właściwie tylko tam mają jedyną szansę, żeby się ze sobą zetknąć. – Przepiękna twarz – podziwia Harry’ego żona jednego z turystów. – Zamknij się, dziwko – odpowiada bez ogródek Harry.
Między światami jest pęknięcie, co nie zmieniło się do dziś, chociaż pewnie milionerzy nie wstępują do pospolitych szynków, nawet w Key West.
