
James S. Jameson, The Story of the Rear Column of the Emin Pasha Relief Expedition, red. Ethel Jameson, National Publishing Company 1891
Człowiek kolonialny jako pewien stan umysłowości dziewiętnastowiecznej.
Pewnego dnia grzebiąc w Wikipedii, dotarłem do kontrowersji, która – jak mniemam – przez pewien czas wstrząsała anglosaskimi elitami po obu stronach Atlantyku. Sprawa dotyczyła Jamesa S. Jamesona, uczestnika wyprawy słynnego Henry’ego M. Stanleya (Doktor Livingstone jak mniemam?) w Kotlinę Kongo, który – rzekomo – dla zaspokojenia swojej ciekawości kupił za sześć chusteczek dziesięcioletnią dziewczynkę, aby obejrzeć i naszkicować jej zabójstwo a następnie skonsumowanie przez kanibali. Sam Jameson, oprócz tego, że był przyrodnikiem i myśliwym, pochodził z zamożnej rodziny producentów whisky a na wyprawę, z której ostatecznie nie wrócił, udał się, pozostawiwszy w domu niedawno poślubioną żonę w ciąży i córeczkę.
Stanley, pomnikowy odkrywca Afryki, obarczał Jamesona winą za ten czyn, a także za zaniechania związane z samą wyprawą i klęską poniesioną przez jej ariergardę. Jamesonowie nie pozostali dłużni, wydając – w odpowiedzi jako polemikę – dziennik Jamesa.
To właśnie na ten dziennik trafiłem i przyznam, że dawno nie czytałem tak doskonałej autodiagnozy pewnego sposobu myślenia o rzeczywistości.
Dla dziewiętnastowiecznych Polaków figurą rodaka w obcej ziemi był syberyjski zesłaniec, katorżnik, szlachetnie urodzona ofiara Imperium. Tymczasem koniec dziewiętnastego wieku na Zachodzie Europy przyniósł postać człowieka kolonialnego z bródką, w beżowym tropikalnym kapeluszu, niosącego – jak chce Kipling – brzemię białego człowieka. W swoich oczach człowiek kolonialny był szlachetnym misjonarzem, dzieckiem oświecenia, poszerzał wiedzę ludzkości kolekcjonując motyle i wypychając ptaki. Znowu Kipling (w przekładzie Anny Bańkowskiej): patrzcie, jak gnuśni, szaleni poganie nadzieje obrócą wam w niwecz.
Pomijając Conrada, który jednak tworzył literaturę zachodnią, jedynie chyba Sienkiewicz usiłował przybliżyć polskiemu czytelnikowi myślenie kolonialne. Fragmenty „W pustyni i w puszczy”, które dziś śmieszą, bądź oburzają, są próbą pisania w ten właśnie sposób. Zresztą w porównaniu z tekstem Jamesona, Sienkiewicz wydaje się wyważony i humanistyczny.
1888. Czasy „Lalki” i malarstwa z kopenhaskich muzeów. Pewien dżentelmen notuje swoje spostrzeżenia w chacie nad Kongo, w sercu państwa formalnie należącego do króla Belgów a faktycznie kontrolowanego przez rozmaitych arabskich watażków.
W skrócie historia wygląda tak: zamożny młody człowiek zaciąga się do ekspedycji despotycznego i egocentrycznego Stanleya. Zamiast jednak ruszyć w pełną przygód wyprawę, zostaje wraz z kilkoma oficerami pozostawiony do pilnowania zapasów w forcie, gdzie ma oczekiwać na posiłki obiecane przez arabskiego handlarza niewolnikami i kością słoniową. Posiłki nie nadciągają, wieści od Stanleya również nie, a Jameson czuje się jak w potrzasku pomiędzy tubylcami (natives), zanzibarskimi i sudańskimi najemnikami w obozie oraz arabskimi biznesmenami.
Miała być męska przygoda, doskonałe okazy powalone na safari, uznanie i sława a jest wszechogarniająca nuda, dokładniej: zabójcza monotonia egzystencji, bo nie nazwałbym tego życiem, w której jedynymi zdarzeniami wartymi odnotowania są wymierzane co jakiś czas chłosty (s. 166).
Zarówno Stanley, jak i Jameson całkowicie świadomie uczestniczą w procederze handlu niewolnikami i eksterminacji ludności rdzennej (ulubioną metodą arabskich watażków jest palenie afrykańskich wiosek i uprowadzanie ludności, ewentualnie zabijanie krnąbrnych). Jamesona to nie obrzydza. Handel z mieszkańcami okolic szybko zamienia się w sport: chciałem zacząć zbieranie eksponatów z zakresu historii naturalnej, ale powiodło mi się lepiej: załapałem dwie tubylcze kobiety, jedno dziecko i chłopca (s. 83), tudzież: tubylcy nie chcą sprzedawać ani nic nie oferują. Musimy więc wyłapać więcej ich kobiet (s. 92).
Człowiek kolonialny dobrze zna własne miejsce w hierarchii i pomaga innym odnaleźć swoje. Jeden ze zbiegów z ekipy Stanleya opowiada zaciekawionemu Jamesonowi, o tym, że któregoś dnia przechwycili duże kanoe z czterema mężczyznami, kozą i kilkoma kobietami z dziećmi. Najpierw zastrzelili jednego mężczyznę. Kobiety uciekły, zostawiwszy dzieci, więc zostały one potopione w rzece [were drowned in the river] (s. 109). Dziwnym niedopowiedzeniem jest to, że brytyjscy oficerowie żywią się w obozie puszkowanymi prowiantami i mięsem (za rzadko – jak narzeka Jameson nieprzyzwyczajony do monotonnej kuchni), podczas gdy najemnicy (bardzo to dziwi naszego eksploratora) umierają jako szkielety obwieszone skórą (czyżby głodowali? – Jameson nie zada tego pytania).
Zaprowadzanie porządku staje się jednym z niewielu dostępnych hobby naszego dżentelmena. Dzień zacząłem od chłosty jednego z wartowników (s. 93) – przez pewien czas to refren wielu poranków. Wierzy mocno w pedagogikę kija: musiałem uciec się do jedynej metody, która czarnucha czyni uczciwym i wymierzyłem mu pięćdziesiąt solidnych batów (s. 158).
Wydaje się, że trzeba to dopowiedzieć: człowiek kolonialny jest nadczłowiekiem. Właściwie ani w dzienniku, ani w listach, nie są poruszane żadne kwestie religijne. Obrzędy ludności Kotliny Kongo nie wzbudzają zainteresowania (tatuaże i skaryfikacje znacząco obniżają za to cenę niewolnika), islam arabskich handlarzy i najemników pojawia się zdawkowo, natomiast Anglicy o religii nie wspominają, sam Jameson wydaje się pozbawiony jakichś wyższych odczuć, poza użalaniem się nad swoją sytuacją.
Jeśli wyznaje jakąś religię, jest nią nauka. Człowiek kolonialny chce zrozumieć nierozumny świat: [Arabowie] złapali jednego człowieka i przynieśli mi jego głowę, którą wraz z Wardem naszkicowałem. Potem ją oskórowałem i zakonserwowałem, i mam nadzieję, że zawiozę ją do domu (s. 204). Nawet opisana na s. 291 historia dziewczynki kupionej za sześć chusteczek nie porusza szczególnie autora, choć pisze, że porusza. Zaspokoił ciekawość także w tym względzie. Chwilę potem idzie już negocjować z arabskimi biznesmenami dalsze detale wyprawy.
Jameson jest jednym z wielu. O ile się zorientowałem dzienniki z wypraw były jednym z ulubionych gatunków nie-fikcji pod koniec dziewiętnastego stulecia. Machina propagandy wielkich odkryć, dzielnych Europejczyków przedzierających się przez dżunglę, sterowana przez rozmaite towarzystwa, akademie i muzea, pracowała równolegle z imperialnymi kartografami wytyczającymi nowe granice Afryki. Ta sama osoba mogła być królewskim agentem, przyrodnikiem, geodetą, paserem niewolników i masowym mordercą: z perspektywy człowieka kolonialnego – tubylcy niewiele różnili się od gazeli, ba, być może wartość tej drugiej była wyższa.
Człowiek kolonialny, wyznający wiarę w swoją wielkość i moc, w Afryce przygotowywał świat na dwudziesty wiek.
