
„Siedmiu samurajów” i wątki poboczne
1.
Z całego trzyipółgodzinnego dzieła ta jedna scena ma jakąś ogromną, religijną moc. Samuraje schodzą do wioski, która wygląda na zupełnie wymarłą, wszyscy są ukryci, nie ma żywego ducha. Wojownicy są skonsternowani, Rikichi, ten, który ich prowadzi, woła: Samuraje przybyli! Co się z wami dzieje?
2.
Radość w Budapeszcie. Ruscy do domu!
Przez ostatnie lata zamienił się on w mekkę prawicowych umysłów, śmiały eksperyment pokazujący jak bardzo interes Orbanów, Le Penów, Na…ckich i Trumpów jest interesem Putina.
(To dość prosta konsekwencja prawicowego myślenia, o której w Polsce niechętnie się wspomina. Nawet Jo. krążąc po apokaliptycznych peryferiach, trafia w końcu na prawdziwą wersję wiary, to znaczy prawosławie.)
Byleby się nie rozczarowali w tym Budapeszcie, tak jak, po tamtym październiku, my, którzy dzisiaj różnicę odczuwamy głównie estetyczną (i jedynie R. wciąż wierzy, że zachodzi zmiana).
3.
Budzisz się rano a Trump – tak kochany przez katolicką prasę, którą czytuję w Pobożnie – jest Jezusem. Prawicowy umysł, będąc z natury elastycznym, i to przełknie.
4.
Ze swoich zapisków najmniej cenię te polityczne. Tak jest i tym razem. Kiedy już w Budapeszcie przeminie euforia a gość zza oceanu, wielbiony ochami i achami, wrzuci kolejny obrazek – naprawdę warte uwagi pozostanie to jak siedmiu samurajów o świcie stoi w pustej wsi. Na twarzach mają niedowierzanie zmieszane z zawodem.
Jak w poranek wielkanocny.
