księgarnia 12/26

Plaza de toros w Rondzie, listopad 2024 r.

Ernest Hemingway, Śmierć po południu, tłum. Marek Cieślik, Marginesy 2026

Są dwie rzeczy niezbędne do tego, aby jakiś kraj pokochał walki z bykami. Po pierwsze, byki muszą być w tym kraju hodowane, a po drugie, ludzie muszą interesować się śmiercią (s. 310)

Mówiłem: pójdźmy na corridę, upał był w Sewilli nieziemski, a kolorowe plakaty zachęcały do fiesty. Biało-żółta plaza de toros kryła się za drzewami. Poszliśmy w końcu na Trianę, ale A. i Dziecku się nie podobało. Dobrze, że się nie zdecydowaliśmy – mówię sobie teraz – nic bym nie zrozumiał.

Czytana w najbardziej użytkowy sposób „Śmierć po południu” jest przewodnikiem po sztuce tauromachii: opisem obyczajów, technik, wraz z załączonym słowniczkiem i kalendarzem widowisk (nieco nieaktualnym). E. H., jak to u niego bywa, fantazjuje, dopowiada, autorytatywnie ocenia. Ten wielki smakosz życia na granicy.

Ale czy ten reportaż z Hiszpanii jest naprawdę tylko opowieścią o przygodach torerów? Przenika do niego wojna, ta, która niedawno minęła, zostawiając narratora z PTSD, które przemienił w literaturę najwyższej klasy, i ta która dopiero nadchodzi. Czytamy w połowie drogi pomiędzy pożegnaniem a uderzeniem dzwonu.

Pablo Picasso, Byk (Le Taureau), stan XI, 1946, Museum of Modern Art, Nowy Jork

Corrida podobnie jak wojna jest grą ze śmiercią, jest – jak pisze E. H. – chwilowym poczuciem nieśmiertelności. W ten sposób należy spoglądać na arenę. O tym jest ta książka. Dzisiejsi przeciwnicy walk z bykami powiedzieliby, że to dopisywanie rzekomej metafizyki do rzezi.

Hemingway hiszpański, ów młody bóg literatury i wina, z „Zaś słońce wschodzi„, mógłby zostać patronem slow life (gdyby nie jego ciągoty do krwawych sportów i absyntu). Objawia się także tutaj, choćby w opisach percebes (w słowniczku przy owocach morza czy też tapas), ale jego kulminację stanowi hiszpański landszafcik z Aranjuez (na s. 51):

Przybywszy [do Aranjuez] z upalnego słońca nagiej, pustynnej krainy, nagle, w podcieniach drzew, zobaczyć śniadoramienne dziewczęta z koszykami świeżych truskawek ustawionych w sterty na gładkiej, gołej, chłodnej ziemi, truskawek, których nie dacie rady otoczyć kciukiem i palcem wskazującym, wilgotnych i chłodnych, i które, złożone na zielonych liściach, przepełniają wiklinowe koszyki.

I doskonale wiem, o co narratorowi chodzi: być może wcale nie walka na arenie pozwala na chwilę poczuć nieśmiertelność, ale truskawkowa ambrozja z rąk śniadoramiennych dziewczyn w upalnym środku Hiszpanii.

Spośród corrid, o których pisze E. H., milczeniem pomija portugalską. Rzeczywiście, kiedy czytam o touradas, odkrywam, że jej kulminacją wcale nie jest śmierć po południu. Cała koncepcja, wokół której Hemingway konstruuje swoją narrację, bierze w łeb w Alentejo. Byki po walce, poza wyjątkiem miejscowości Barranco, zabijane są za kulisami przez profesjonalnego rzeźnika lub wypuszczane na pastwiska.

Dodaj komentarz