
Na śniegu
1.
Przypomina węgiel, ten śnieg warszawski, zmrożone solą bryły, żadnego odblasku. Ponure skuwanie chodników.
2.
Znał ich. Dzieci z podwórka. On taki grubszy, nie biegał za piłką. Ona młodsza, rudowłosa, w sukienkach z pieskiem na spacerze. Bawili się na drabinkach całe lata. Dzisiaj w leclercu wspólnie wybierają łososia na kolację.
3.
Es siedemnastką w stronę bieli. Odpoczywają sarny.
W skansenie – przypominał sobie jak go zaprowadzili tam pierwszy raz I. i H., jechali trabantem po górkach, wiatrak, olejarnia, malwy, musiał być maj lub czerwiec, jego pierwsza klasa – zapadanie się w biel. Chaty w czapach jak na widokówkach sprzed katastrof.
Tylko on zadowolony. Dużo wspomnień.

4.
W telewizji (a więc Lu.) Terlikowski o brakiu upamiętnienia ofiar zarazy. Zero żałoby, żadnej uroczystej liturgii. Coś takiego musiało się stać po Wielkiej Wojnie, że zapomnieli. (Pisałem o tym kiedyś dużo).
Słyszeli jak umierała ta z góry. Dopiero teraz opowiadają w Pobożnie. Krzyczała i wołała, nie mogła oddychać. Wtedy ksiądz powiedział: nie było zarazy, więc umierała po prostu. Uspokoiło się, umilkło, już. Same boże znaki, żadnego moru.
5.
Tam, we wnętrzu Wyżyny, śnieg ma barwę czystą, gruba warstwą pokrywa wzgórza, lód skuł stawy. Kościół to jest światło schwytane. Zima taka, jak chciał sobie wyobrażać, jak kiedyś, kiedy przez białe pola z tą, z którą myślał, że to ta.
W tym wnętrzu ksiądz opowiada o innych wyznaniach. Burzą się widać. Jest jedna wiara, inne kocie. On mówi, że z szacunkiem, nie nawracać, a tu ciągle płonie gorący kocioł dla tych wszystkich heretyków, nawet tych, co nie klękają do komunii.
Psy szczekają na śniegu pod kościołem.
6.
Domy, do których zaglądał były niczym innym tylko cudzym życiem. Wchodził do nich po kolędzie, a potem pozwalał im znikać.
Wysiadł przy placu Starynkiewicza nad siwo oblodzoną linią średnicową. Jakiś dalekowschodni ojciec nagrywał bez przerwy film z córeczkami bliźniaczkami w kurtkach puchowych połyskliwy fiolet.
Zbliżał się teraz do dzielnicy z „Romansu zimowego”, szarość opadała na sczerniały lód. Nic się nie transmitowało. To nie było cudze.
