dziennik 94/25

Bazylika Mariacka ku czci przypadających w piątek naszego przyjazdu urodzin Claude’a Moneta, Gdańsk, listopad 2025 r.

Pewnego razu w Gdańsku

Piękny ponury niemiecki krajobraz – odpisuje J., gdy wysyłam świt z okien dziesiątego piętra hotelu. Z sylwetek miast, poza rodzinnym, tę gdańską lubię najbardziej.

Iglice Panny Maryi wbijają się w brzuch chmur jakby mu miały podać insulinę. Dawno temu przyjechałem przed świtem, pustym Gdańskiem poszedłem na Piwną i przeraził mnie ogrom cienia wieży.

Pierwsze dzwony uderzają po ciemku, kwadrans do szóstej. Łóżko jest tak miękkie, że mój kręgosłup jest tylko sznurem korali.

Całe zeszłoroczne lato lamentowałem nad odjazdem Ag. Zresztą – o tym też już wiecie – pozostała w prywatnej topografii jako miejsce (rossman, pawilon, skręt, przejście) koło Ag. Kiedy więc zjawia się w dworcowych korytarzach, ta sama Ag. co zawsze, świętuję zwycięstwo nad zapominianiem, zamazywaniem i zanikaniem.

Nie wiem, czy ktoś już pisał w ten sposób, ale krajobraz po stoczni jest krajobrazem zombie. Tu było życie, są jego ślady, tli się nawet jakieś, czuć świeżą farbą, ale równocześnie mijając kałuże, czujesz, że umarło, minęło, tylko fantom.

Zostawiając żony z dziećmi, regularnie znikają. Pół roku, rok, może dłużej. Na Wyżynie czy Nizinie takie historie są nadzwyczajne i łzawe, tu, u ludów morza, należą do porządku życia.

Było to przyjęcie znaczące. Pięćdziesięciolecie, takie, co się zapisuje w dziennikach, wymieniając gości. Zimny bufet wart odnotowania. Plejlista: zastanawiał się – przez czterdzieści pięć lat zgromadził na swojej same smutne utwory.

Uważnie studiuję detale ambony u świętej Katarzyny, oglądam gwiazdy na siatce sklepienia. Przenikliwe zimno, na zewnątrz chłodne morze rozlewa się z rannych chmur. Uber wywozi nas daleko, na Żabiankę, do Ag.

2 Comments

Dodaj odpowiedź do kozmo Anuluj pisanie odpowiedzi