
Torgny Lindgren, Legendy, tłum. Tomasz Feliks, ArtRage 2024
Pisałem tu kiedyś o pewnym eksperymencie, który przeprowadziłem na sobie. Sprawdzałem, czy pogrzeb cesarzowej Zyty potrafi wzruszyć osobę niemającą z cesarstwem nic wspólnego. Podniosły ceremoniał, uroczysta muzyka, równy krok – i rzeczywiście: zadziałało.
Podobnie jest ze stylem mitycznym: przemienia on nawet banalny tekst w natchnione słowo. Rozkosz literatury, ale też hasanie po jej granicach: cienkiej linii dzielącej sacrum od profanum. Zresztą na początku było Słowo, więc może każda literatura predestynowana jest do zbawiania.
W „Legendach” Torgny Lindgren okazuje się być arcymistrzem mitu. Oto malarz Anders Zorn zamieszkuje pod lewą piersią olbrzymiej Dziewki. Selma Lagerlöf na wiele godzin zanurza się w głębię jeziora. Otto z dłoni zmarłego hoduje pięciopalczaste ziemniaki (podobne do marchewek w powieści Ogawy). Kobietę w galerii handlowej opanowuje Duch Bogowie i ludzie pozornie wydają się zupełnie przemieszani, zamieszkują razem, trudno ich odróżnić.
Jedynie śmierć pilnuje rozdzielenia światów. Rozrywa mity, roztrzaskuje z nagła czaszki bohaterów. Olbrzymie – poucza Freja – nie może równać się z boskim i nawet olbrzymi z prekambryjskich skał giną przy najlżejszym podmuchu boskiego oddechu (s. 89). Śmierć nie podlega iluzjom stylu, po prostu Jest.

Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało…lecz co wtedy z Chaosem?
PolubieniePolubienie