
(…) z niepojętych przyczyn w kraju pełnym problemów ludzie postanowili nie dostrzegać żadnego z nich. Zamiast tego ekscytowali się strachem przed nieistniejącymi zagrożeniami nie z tego świata (s. 13).
Książka, po którą sięgam jak po zwykłą książkę, okazuje się być próbą racjonalnego streszczenia tysięcy stron, setek artykułów, dziesiątek innych książek. Wpisuję „Przełęcz Diatłowa” do gugla i wyskakują zewsząd: fotokopie akt, mapy szkicowane ręcznie i w paintcie, zdjęcia żywych i umarłych, latające spodki, mało sympatyczne yeti, ryciny lawin, gość, który utworzył zrzutkę, bo chce na Ural pojechać i inny, co się chwali, że przełęcz pokonał suwem. Coś niesamowitego mnie ominęło: mam tylko jedną książkę a internet huczy, bębni i szaleje.
Na szczęście Alice Lugen nie daje się porwać hipotezom (na temat hipotez są w internecie również ankiety, w których można zagłosować kto zabił): jej wywód jest jak z pracy doktorskiej: przejrzysty, uporządkowany i rozumny. Dopowiedzmy: na końcu książki nie ma odpowiedzi. Nietrudno jednak domyślać się, w którym kierunku zmierza autorka i dlaczego jej odpowiedź nie może spodobać się prokuraturze – po raz kolejny – wszczynającej postępowanie w sześćdziesiątą rocznicę dramatu na górze.
Cała historia katastrofy brzmi znajomo: nieprzestrzeganie procedur, brak schematów działania, nieumiejętność przyznania się do błędów, odwracanie uwagi dla ochrony własnych czterech liter, pomyłki na stołach sekcyjnych, masa oszołomów wynajdująca coraz to dziwniejsze teorie, nawet to: w kulturze rosyjskiej przywiązuje się ogromne znaczenie do dbałości o pamięć przodków (…) o zmarłych mówiono albo dobrze, albo wcale (s. 102).
Alice Lugen tak jakby pisze o Smoleńsku.
