Dziennik. Szukanie dat

scott
Połonina Wetlińska (?), ok. 2004/2005

W zaroślach

Ri. wypadła na nas nagle z zarośli. Kto się mógł tu jej spodziewać? Co roku na święta jedne i drugie piszemy sobie wraz z życzeniami obietnicę do zobaczenia. Ona mieszka po drugiej stronie Wisły, na Białołęce – co najmniej dziesięć lat tak piszemy a widzieliśmy się ostatnio, kiedy Ri. mieszkała jeszcze w Lublinie. I bylibyśmy kolejne dziesięć lat pewno pisali, gdyby nie te zarośla koło fortu.

W tej całej historii, którą tu snuje Ri. jest bardzo ważna. Można by rzecz, że jest trochę Deus ex machina. To ona, dwadzieścia lat temu (owo lato, przypominam), namówiła mnie na wyjazd, na który ktoś inny namówił A. Tam się poznaliśmy przy łapaniu myszy. Więc gdyby nie Ri. być może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. I pisałbym teraz zupełnie coś innego.

Nic się nie zmieniłaś – powiedziała Ri. do A., po czym dodała: a ty zupełnie się zmieniłeś, zauważając siwy kolor na brodzie. Prawdę powiedziawszy trochę się jej bałem, bo Ri. jest lekarką, a zawsze się boję, że jakiś znajomy lekarz nagle wtrąci, patrząc na mnie, dna moczanowa albo rwa kulszowa albo coś podobnego.

Obiecaliśmy sobie z Ri., że się spotkamy. Ale ona od razu nie uwierzyła. W końcu mieszka na Białołęce, a to o jeden most za daleko.

Nadwiślanka

Nie do końca o to mi chodziło, kiedy myślałem, że warto byłoby się zatrzymać w Kozienicach. Sobota była upalna i tak naprawdę chętnie porwałbym samochód z A. i Dzieckiem, i skręcił nad Wisłę, przedarłbym się przez wierzbinę i poległ na miejscu, gdzie niedawno (a już w sumie dawno) goniliśmy baloniki.

Zatrzymaliśmy się w Kozienicach, bo był korek. Oglądaliśmy z bliska elektrownię, a potem wjechaliśmy do centrum i tam, jeden za drugim, stały samochody. Jakiś wyścig kolarski gnał przez miasteczko, więc mogliśmy się przyglądać z bliska Kozienicom. Ale wtedy już nam się nie chciało.

Szukanie dat

A. jak jesteśmy u niej w domu często szpera w starych zdjęciach. Część jest czarno-biała, część – kolorowa, ale w takich kolorach z lat osiemdziesiątych na jakie pozwalały klisze orwo, są też zdjęcia nowsze, na przykład nasz wspólny sylwester. Któryś ze wspólnych sylwestrów.

Kiedyś postanowiłem, że zapiszę miejsca, gdzie spędzaliśmy go razem. Są oczywiście dzienniki, notesiki i zdjęcia, ale przyjemniej byłoby spoglądać na listę i wiedzieć od razu. Domyślacie się zapewne, że taka lista nigdy nie powstała. Tego wieczoru zaczynam ją sporządzać, ale daty i miejsca, ba nawet ludzie łączą się i przemieniają, grając w berka z moją pamięcią.

Porządkowanie zajmuje długo: w niedzielę przegrzebuję własne zdjęcia, ale te cyfrowe zaczynają się koło dwa tysiące szóstego. Sześć wcześniejszych lat spowija aura tajemnicy. Wreszcie odnajduję zaginioną taśmę: niewyraźny zapis z telefonu, coś, co na pierwszy rzut oka przypomina nieznany film z wyprawy Scotta. Śnieg na połoninach. Jacyś ludzie piją herbatę i śpiewają „Bóg się rodzi”.

O tym już było: o genealogii. Skąd się biorą w naszym życiu przyjaciele? (Pytanie trudniejsze niż skąd się biorą dzieci). W jaki sposób i czemu znikają? (Żeby wypaść na ciebie nagle po iluśtam latach z zarośli koło fortu).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s