Dziennik z podróży w czasie zarazy

Zimą

Na płytę lotniska spada śnieg. Pierwszy, może drugi tej zimy. Maseczki białe jak płatki. Zapach odkażacza do palców. Ogromne białe ptaki pochylają się nad zmrożonymi skrzydłami w grząskiej zamieci.

Powrót

W okienku na horyzoncie mały Triglav. Kiedyś miałem go za oknem: wyrastał znad przedszkola i topoli. Ljubljana do dziś znaczy ukochana (w polskiej nazwie nie ma miłości). Byłem wtedy chorwackim patriotą, Jugosławia jeszcze nie zginęła, Griotte sprzedawali z alkoholem w sklepie Kraša a T. wysyłał cedewitę w paczkach (my jemu ser salami, czemu?) ale Franjo Tuđman kazał nam już bywać czujnym. Pisałem: Ty, co pola Baranji i Slawonii obejmujesz, Croatio! (pisownia oryginalna, mógłbym może sprzedać wiersz liniom lotniczym).

Albo

Na lotnisku w Zagrzebiu kawa albo papierosy.
Nie wiem na co się zdecydować. Na „Podróż zimową”?

Południe

Pielgrzymka Francuzów spóźnia się na samolot, czekający spokojnie. Mija dwadzieścia minut. To jednak Południe. Tu nie ma niemaczasu. Steward przypomina młodego Cohena. Polećmy na Hydrę.

Morze

Jak tylko samochód ruszył z lotniska, pojawiło sie po lewej. Wielki spokój błękitu. Uroczysty, uroczy. Okazało się, że jest zaraz za balkonem. Balet fal. Hotel zbudowali, żeby się nim cieszyć.

(Tam po drugiej stronie jest zupełnie inne, ciemniejsze. Mniej w nim fantazji).

Popołudnie

Nie jadłem obiadu (patrz Albo), potem (patrz Południe) opóźnienie, samochód (patrz Morze). Patrz Morze: drzwi otwiera boy i chce chwycić moją pomarańczową walizkę na kółkach. Po schodach zaraz do sali con-ferencyjnej, tam Finka (czyli musi być kawa też) i skórka. Pomarańczowa w cukrze: ambrozja, po całym dniu raj w ustach, uniesienie podnieb-ien-ne.

Rano

Hałas deszczu. Dziewczęta w białych bluzkach spieszą do szkoły. Po marmurze płynie zapach morza.

Dziedzictwo

Wysyłam A. koty. Okazuje się, że siedzą od ośmiu lat w tych samych miejscach na murze. Może następne pokolenie – zastanawia się A., miauczący dziedzice kamieni z pałacu rektorów.

Przedpołudnie

Ulicami spływają strumienie. Przewodniczka: Nie powiem dobro jutro, ale jutro, samo. Słowianie wyganiają Ilirów. Rozjaśnia się znienacka. Przychodzą do mnie bohaterowie literaccy (pierwsza wizytówka w kieszeni, Frau Buddenbrook).

Dziedzictwo (II)

Mapa wskazuje, że wielka dżuma roku 1347, pojawiła się najpierw w dwóch portach: Neapolu i Dubrowniku. Może nie bez przyczyny konferencja o dziedzictwie odbywa się w budynku raguskiej kwarantanny.

Dziedzictwo (III)

Kolczyki, które nosi Anuszka, mają dwieście lat, ale wyjmują takie same z grobów Ilirek. Obręcz starsza niż my wszyscy. Płatek złota przetrwa, płatek ucha nie.

Ponieważ zebrali się specjaliści, już orzekają że kolczyki Anuszki są kalabryjskie, i peloponeskie, a nawet syryjskie, stąd być może ich urodą zachwyciła się królowa jordańska.

O tych wszystkich nieobecnych płatkach uszu myślę, ciesząc się po cichu, że nie nosi A. kolczyków.

Dziedzictwo (IV)

Pani przewodniczka: Każda rodzina ma swoją sieć oyster bed. Pozostawiam bez tłumaczenia, bo to wręcz mórz czysta poezja: w niebieskiej zatoce rozłożone łóżka.

Miasteczko

Miasteczko na półwyspie jest surrealistyczne. Kot witał nas i burmistrz. Nikt poza tym. Żywi żwawo spieszyli na piątą do kościoła, zmarli od rana pili na przystanku.

Po co budowali mur dookoła góry? – o element najbardziej surrealistyczny pyta przewodniczkę S.

Prawdę mówiąc nie wiem.

Nie chcą powiedzieć prawdy o wizycie obcych. Nie napisał o nich Erich von Däniken.

Dziedzictwo (V)

Faworki są tylko nasze – przekonuję Hiszpanki i akademiczkę z uniwersytetu dwugłowego orła. Niemniej niewątpliwie to, co podają tutaj, co leży przede mną, jest faworkiem.

Podli, co okradli nam naszą wyimaginowaną ojczyznę.

Ogród

Nienawidzę Sorolli, mówi C. Za to, że pozostał domowym malarzem tuzów, gdy wokoło impresjonizm, ekspresjonizm, abstrakcja. Za to, że się bogacił, kiedy lepsi przymierali głodem. Niczego się w życiu nie nauczył – bardzo się irytuje.

Co do jego ogrodu oboje się zgadzamy. Jest piękny.

Osoby. Ron

Poznajcie: Ron. By the way I am Ron from Nashville, Tennessee. Podłóżcie pod te słowa muzyczkę country. Odwiedzę Rona jak będę w Tennessee (druga wizytówka w kieszeni, Ron). Obiecujemy sobie on nad białym winem, ja nad gruszkową wódką.

By the way Ron zwiedził pięćdziesiąt stanów i czterdzieści trzy państwa. Polskę też (Last year I was in Auschwitz. Nice). Wszystko zaplanował, co cenię u Rona. Chorwackie dziewczęta są ładne, bośniackie drogi dobre, jutro wraca do Wenecji. Potem Rzym, Barcelona, JFK, pewnie kwarantanna.

By the way Ron – sprawdziłem nazajutrz na lotnisku – jest Indianinem.

Osoby. C.

Moja koleżanka jest anarchistką. Nigdy nie głosuje.
Moja koleżanka jest katoliczką. Jej synek to Odyseusz.
Moja koleżanka urodziła się 29 lutego. W lata nieprzestępne urodziła się 1 marca.
Moja koleżanka jest prawnuczką handlarza niewolników. Cała Hispaniola należała do niego.
Moja koleżanka miała być żoną markiza. Ale się nie zgodziła (patrz: incipit).

Z Arnolda Böcklina

Gdzieś widziałem już Lokrum. Wyglądam nad ranem z balkonu. Będę się żegnał. Bus czwarta czterdzieści będzie czekał na pana, Panie K. – taką kartkę zastałem wczoraj na poduszce. Biała linia brzegu odcina się od morza i lasu. Gdzieś widziałem już Lokrum, z mojego hotelu. Wyspę Umarłych.