
(„Gang urwisów”, lata 30. XX wieku, źródło: http://www.cbc.ca/radio/q/schedule-for-tuesday-january-26-2015-1.3419899/the-complex-racial-history-of-the-little-rascals-1.3419904; Jeden z kluczowych wątków w powieści)
7 lutego, samolot do Warszawy:
Na próżno (?) spieszę się, by zdążyć zapisać coś o „Sprzedawczyku” jeszcze w karnawale, bo jest to powieść na wskroś karnawałowa. Nie, nie w znaczeniu, że jest krotochwilna bądź rozrywkowa: jest karnawałowa w najgłębszych warstwach, w których karnawał oznacza odwrócenie porządku, postawienie świata do góry nogami: błazen staje się królem,
miasto, które zniknęło, wraca na mapę; dziecięca gwiazda na starość zostaje niewolnikiem; a przywrócona segregacja rasowa uzdrawia dość podrzędną szkołę.
Poprzez wyolbrzymienie i odwrócenie (to, co określam jako karnawałowość) Beatty prowadzi czytelnika przez czarną Amerykę kalifornijskich przedmieść sześćdziesiąt lat po tym, jak Rosa Parks odmówiła wstania w autobusie (powieść naszpikowana jest faktami, nazwiskami i aluzjami do afroamerykańskiej kultury i polityki. Autor bloga nieprzypadkowo wspomina Rosę Parks, bo była to jedna z nielicznych postaci, której nazwisko coś mu mówiło). Wcale nie jest to piękny obrazek.
„Sprzedawczyk” jest powieścią językową. Właściwie przez dłuższy czas nie zwracałem uwagi na samą fabułę. To język – w kongenialnym przekładzie Piotra Tarczyńskiego – stanowi o sile powieści. To on, tak gęsty i nasycony, przydusza czytelnika, nakazuje mu zapomnieć o bożym świecie i pojawić się w Dickens, mieście, którego nie ma. Ten język, wulgarny, obcesowy, uliczny i trudny czasami do rozszyfrowania, jest istotą „Sprzedawczyka”. Trudno się nim delektować, ale nie sposób przejść obojętnie.
