Friedrich Kellner, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942, Karta 2015


(kadr z filmu „Kabaret”, reż. Bob Fosse, 1972, źródło: YouTube.com. Dlaczego chłopcy-narodowcy bez względu na narodowość zawsze wyglądają tak samo?)

27 stycznia:

Zapiski Friedricha Kellnera budzą moją irytację. Oto praworządny i uczciwy człowiek z coraz większym obrzydzeniem przychodzi do pracy, spoglądając na to, co dzieje się z jego państwem. Po cichu więc wylewa swoje frustracje: na swój naród, na rządzących, na mieszkańców swojego miasteczka, na Anglię, Francję, Stany. Irytację, nie dlatego, że mam Kellnera za idealistę albo naiwniaka, ale dlatego, że – bywa – niegdysiejszy autor bloga odczuwa podobną bezsilność. Od razu zaznaczę, że wszelkie porównywanie dzisiejszej władzy z totalitaryzmem jest błędne. Jest – niezaprzeczalna – różnica między Salazarem czy sanacyjnymi pułkownikami a przywódcą III Rzeszy.

To, co jest najbardziej poruszające u Kellnera to opis znajomych mechanizmów, działających bez względu na system. Tego w jaki sposób spokojni obywatele małych miasteczek stają się członkami plutonów egzekucyjnych, sąsiadami podpalającymi stodoły albo – toutes proportions gardées – piszącymi komentarze o topieniu uchodźców.

A jeśli możliwe jest jakiekolwiek porównaniu między naszą sytuacją a tym, co pisze Kellner to dotyczy to dwóch spraw: psucia języka i chwalebnej, militarnej historii. W obu tych kwestiach, obecnie rządzący sieją wiatr.

Opinia narodu! Nie rodzi się ona dziś w mózgach jednostek – wytwarza się ją odgórnie i wszczepia ludziom  (23 czerwca 1941 r. s. 207) Przyzwolenie na przemoc nie pojawia się samo z siebie. Rodzi się w języku, w odrzuceniu – przywołując prawicowych publicystów – języka politycznej poprawności (który powstał właśnie po doświadczeniach propagandy wojennej, po eksperymentach Zimbardo i Milgrama) i zgodzie na język nienawiści. To zepsucie języka wiąże się z pobudzaniem lęków (tutaj), którego to mistrzem był zawsze ów rzekomy ksiądz z Torunia (dla mnie casus podobny do Marciala Maciela Degollado), a którego obecnie rządzący są wiernymi uczniami.

Laboratorium, w którym najlepiej widać jak władza eksperymentuje z historią jest Muzeum II Wojny Światowej (tutaj). Pisze Kellner: Ów duch, który stoi na drodze pokojowego rozwoju człowieczeństwa, lęgnie się z nacjonalizmu i militaryzmu. Zaczyna się od ołowianych żołnierzyków. A w ostatniej scenie tego dramatu widać już tylko masowe groby. Po każdej wojnie, na skutek przeżyć, narasta tęsknota za pokojem. Zaraz jednak pierzcha. „Pełne chwały” czyny zbrojne plenią się i zagłuszają rachityczny kwiatek pokoju (…). Od czasu do czasu odbywają się festyny z pełną werwy muzyką wojskową, ożywają wspomnienia „pięknych” dni, opiewa się chwalebne czyny i pilnuje, by duch wojny nie przysypiał. O odwrotnej stronie wojny młodzież nigdy się nie dowiaduje, wie tylko o chwale, o zwycięskich bitwach, bohaterskich czynach, zdobnych w wawrzyny dowódcach i nieudolnych, pobitych przeciwnikach (1 listopada 1941 r., s. 258).

Muzeum miało pokazywać grozę wojny, całą prawdę o okrucieństwie i niemoralności jaka jest z nią związana. Dla nowej władzy stać się za to miało muzeum chwały – opowieści o jedynym narodzie, który z wojny wyszedł nieskazitelny. Służy temu powierzenie go w ręce osób o jasnych poglądach na wielkość narodu. Historia wojny przestaje ostrzegać, zaczyna zachęcać.

Podobnie rzecz ma się z gloryfikowaniem żołnierzy wyklętych (bez próby krytycznej refleksji nad ich działalnością i zbrodniami), Narodowych Sił Zbrojnych (cały sejm za) czy próbą uznania, że Judenjagdu w Polsce nie było. Nie da się mówić o historii, opowiadając jedynie o Ulmach, a pomijając Chominową (tutaj).

Wszystko to powoduje, że przy lekturze zapisków Kellnera, w czytelniku zbierają się kasandryczne przeczucia. Prawicowi publicyści zaklinają rzeczywistość – starając się ośmieszać ostrzegawcze głosy – ale coraz bardziej widać przecież, że Polacy stają się gotowi na przemoc. Zresztą, jesteśmy świadkami w ostatnich dniach, sam minister spraw wewnętrznych z trybuny sejmowej stara się minimalizować obawy, zrzucając winę na innych i odwracając kota ogonem.

Co na to Opatrzność i kolega za biurkiem, jej samozwańczy rzecznik? Kellner pisze z ironią wbrew wszystkim szukającym w dziejach zewnętrznego sensu:

W każdym razie „opatrzność” była w stu procentach po stronie Hitlera. Jak wierni na całym świecie to sobie wytłumaczą, to już ich sprawa. Osobliwy to Pan Bóg, co błogosławieństwem i łaską obdarza tego, który z rozmysłem planował to ludobójstwo (14 czerwca 1940 r., s. 92)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s