Éric Baratay, Zwierzęcy punkt widzenia, W podwórku 2014


(Brytyjski żołnierz z kotem, Neulette, Francja, 1917, „Illustrated War News”, vol. 7, źródło: www.meowingtons.com)

Przetóż jednakie jest dokończenie człowieka i bydląt, i równy stan obojga: jako umiera człowiek, tak i one umierają: i jednako tchną wszystkie, i nie ma człowiek nic więcéj nad bydlę
(Koh 3, 19, tłum. księdza Wujka)

Jak inaczej wytłumaczyć czyny (…) opiekuna psa,
który niesie swoje ranne zwierzę pod ostrzałem cztery kilometry,
leczy je i czuwa nad nim przez dwanaście dni i nocy, a gdy mimo to ono umiera, kopie mu grób, opatrzony następnie wyróżnieniem w rozkazie pułku?
(s. 282)

W czasach, gdy za dużo jest historii w ujęciu jednonarodowym, z przyjemnością przychodzi odrzucenie w ogóle ludzkiej perspektywy patrzenia na przeszłość. Przyzwyczajeni, że żyją wokół nas, nie dopuszczamy jednak ich – zwierzęcego – punktu widzenia. Ta refleksja pojawia się u mnie czasem, kiedy patrzę na trawniki, na które wyprowadzają ich na spacer lub spoglądam w oczy kota w miejscowości Ś. (czy w radykalnych miejscowościach zwierzęta też są radykałami?): żyją obok nas całkiem odrębne gatunki, przebywają z nami obcy, chodzą po naszych mieszkaniach szeleszcząc i knując wszechzwierzęce spiski. Co też sobie one myślą? W całym tym wstępie streszczam rozważania Barataya zawarte w pierwszych rozdziałach: tyle, że on pisze to wysokimi tonami teorii.

Już na poziomie edukacji w szkole podstawowej przebija się ledwo, ledwo, ale jednak spojrzenie na zwierzęta. (Nie mówię o zwierzątkach na nasz obraz, ale właśnie o zwierzętach). „Łysek z pokładu Idy” i „Nasza szkapa” to przecież nowelki o zwierzęcym losie. Jeśli mam o coś pretensje do autora książki, to o jego frankocentryczność. Jego ludzki punkt widzenia jest punktem francuskim.

Inna sprawa, że porównując ewolucję poglądów Francuzów na ochronę zwierząt z naszymi poglądami, tu na Wschodzie, gdzie miejscowa religia wciąż zezwala na krótki łańcuch, topienie kociąt i ofiary ku czci świętego Huberta, dochodzi się do wniosku, że dzieli nas od nich jakieś siedemdziesiąt lat.

Skąd się bierze mleko?

Spośród bohaterów zwierzęcej historii, dość spokojnie podchodzę do koni pracujących w kopalniach i w transporcie miejskim (wspomniany powyżej Łysek), losów psów rasowych, zwierząt na wojnie (francuski punkt widzenia w odniesieniu do I wojny światowej jest zupełnie inny, nikt go u nas nie zrozumie) i nieszczęsnych byków na corridzie (którą usiłuje wywodzić się od tauromachii i Minotaura), za to porusza mnie krowa mleczna.

W porównaniu do mięsa, produkcja mleka wydaje się być procesem pokojowym i łagodnym. Bajkowy obraz babuleńki z Łaciatą, zakodowany w literaturze dziecięcej, prowadzi wprost do piramidy kartonów stojących w lidlu. Mleko i jego dostępność jest oczywista, nie wymaga wyjaśnień. Podobnie jak woda, mleko po prostu jest.

Dlatego też takim szokiem staje się lektura Barataya opisującego historię krów mlecznych, a przy okazji historię samego mleka. Stąd wieczorem, gdy czytam na głos rozdział o uczuciach krów, oboje z A. przeżywamy to bardzo.

Jest to wstrząs, o jaki chodzi autorowi, wynikający z przesunięcia spojrzenia z przedmiotu (producent mleka) na podmiot (żywy, czujący, cierpiący, oczekujący pogłaskania i miłych snów, mający taki a nie inny charakter). Pozostaje więc w nas współczucie dla krowy. Współczucie dla kogoś, kto trudzi się dla człowieka, a pozostaje w tej marginalnej, ciemnej strefie, o której wolimy z egoizmu i gatunkowego szowinizmu, nie myśleć.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s