Dziennik. Smutek i radość sushi

Ilekroć mam ochotę na sushi, korzystam z osiedlowej restauracji. (Ilekroć mam ochotę na chałwę, tutaj, idę pod halę, tym razem do Greka jak dziś rano). Restauracja owa była już bohaterką wpisu (tutaj), więc nic nowego o niej nie powiem, mogę jedynie zmienić sposób, tonację albo styl. Zamawia się w niej przez formularz, co bardzo mi się podoba, bo wyklucza co najmniej jeden kontakt osobisty. Niestety drugi, to znaczy odbiór, wymaga rozmowy. Najsmutniejsze miejsce w mieście pisałem, czemu nie grają tam „Ostatniej niedzieli”? Wchodzisz, sobotni wieczór, stoliki gęsto, na każdym świeczka, nikogo, kelnerka przy barze wręcza ci kartę, nie zważając na twoje spodnie jak od piżamy (które w istocie bywają spodniami od piżamy), a kiedy mówisz, że po odbiór bez słowa ci ją zabiera. Ten tu – burczy kucharz, czubkiem noża wskazując pudełko. Rozglądasz się raz jeszcze, oczekując na potwierdzenie z karty, dojmująca pustka, migoczące świeczki.

Wracam na paluszkach, aby nie obudzić Dziecka, ale Dziecko czeka, przewidziało imprezę, teraz z ryżu wyciąga ogórki, co udają jakieś orientalne warzywo i chce słuchać Sereny (tutaj).

(21.01.2017)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s