Pomny na pożytki z łapczywości, ruszyłem przez Ogród Saski. Marzyłem, żeby w śniegu napotkać gile. Widziałem takie na zdjęciu. Poetycko sobie notowałem w miejscu, w porównaniu z metrem, prawie odludnym: lot kaczek o poranku, szkoła podstawowa: za okno wypada harmider, spokój śniegu.
I byłoby równie łapczywie i poetycko, chociaż bez gili, gdybym nie wyszedł na Plac Piłsudskiego. Plac przygotowywał się na jakąś patriotyczną i wzniosłą okazję a polegało to na tym, że zdjęto z niego śnieg a pozostawiono cieniutką jak szybka tafelkę lodu. I właśnie miałem rozmyślać o dmuchawie, którą od tyłu podgrzewano Grób Nieznanego Żołnierza, gdy w jednej chwili – bum, bach i kuku jak ostrzegamy Dziecko – znalazłem się w pozycji horyzontalnej niczym ów nieznany żołnierz poległy o poranku. Zobaczyłem siłą wyobraźni gile (ale nie na śniegu, bo śniegu, jak już wspomniałem nie było, lecz na lodzie), a potem zastanowiłem się dobrze i doszedłem do wniosku, że na dziś wystarczy mi już tej łapczywości.
Gdyby ktoś w Warszawie widział gile na śniegu, proszę mnie informować, dojadę (19.01.2017).
