Dzienniki późniejsze. O szczęściu i nieszczęściu

(Usiłowałem znaleźć w swoich zdjęciach jakiś widoczek jako ilustrację. Nie ma. Fotografowałem wyłącznie ludzi.)

Muszę zmienić własną definicję literatury (literatura dąży do uogólnienia, wzniesienia się ponad ciąg zdarzeń). Nie, ona pojawia się tam, gdzie coś zostało zamknięte, gdzie pamięć i fikcja mają równe prawo do opisu wydarzeń. Wspomnienie w procesie zapominania staje się formą literacką: to dlatego dzienniki z A. nie są literaturą, bo nadal są czymś żywym.

Zeszyt 22 (warszawski), październik 1999 – grudzień 2001 [rkps zapisywany nieregularnie, potem okazjonalnie; fragmenty wierszy i prozy, recenzje, liczne skreślenia]. Dziennik zapominania, dziennik ucieczki. Mimo podtytułu, niewiele tam o Warszawie: bohater rozpamiętuje. Warszawa (nielubiana) jest tylko z okien autobusów.

Powtarza i przerabia bez przerwy wiersz z incipitem: W te noce, w które wracamy. Dom jest w Lublinie, ale w czasie coraz bardziej przeszłym. Potem pojawia się A., porzuca swój incipit, zaczyna zanudzać.

Zeszyt 23, listopad 1999 – wrzesień 2000 [rkps, kontynuacja zeszytu 21, w dużej części zniszczony po jakiejś kłótni z A. na ulicy Zamkowej w Lublinie; odczytany do maja]. Bohater wyjechał, ale wraca tydzień w tydzień. Pisze peany na cześć Lublina i na cześć J., którą umieścił na nieboskłonie.

Jednak w dzienniku najczęściej zastanawia się dlaczego telefon zadzwonił we wrześniu (por. zeszyt 21). Opisuje to w całkiem udanym literacko fragmencie: Odłożył słuchawkę i wyjrzał przez okno. Właśnie walił się wieżowiec stojący po drugiej stronie parkingu. Domy płonęły w chaosie. Krzyk ludzi unosił się w powietrzu. Z granatowego nieba spływały błyskawice, raz po raz, bez przerwy oświetlały świat. Jedni biegli, inni przywaleni odłamkami ruin i gradem padali jęcząc.

Wreszcie pewnego kwietniowego dnia, na rogu Bełdan i Lotników (tam była budka telefoniczna) dzwoni sam. Słowa są oszczędne. Ona pyta: Wybaczysz mi? On odpowiada: Tak… to na razie!

(Z uwagi na to, że późniejsze daty są w strzępkach, nie możemy się dowiedzieć, jak rozwiązały się wszystkie perypetie bohatera).

Zeszyt 24, wrzesień 2000 – czerwiec 2001 [rkps, prowadzony regularnie w Lublinie]. Kręci się wokół prawa sformułowanego przez Sz.: Ilość twojego szczęścia jest odwrotnie proporcjonalna do nieszczęścia kogoś. Równolegle toczy się więc opowieść o wyborze A. i o porzucaniu innych (całe szczęście, wbrew obawom bohatera, owe porzucone przyjaźnie przetrwały).

Ojczyzna nadal jest w Lublinie. Ojczyzny się nie wybiera – twierdzi bohater we wrześniu i wiele lat upłynie zanim zrozumie, że jednak się wybiera. Człowiek zyskuje sens przez innych, pisze bohater w październiku, i bardzo to różne od cytowania dwa lata wcześniej Sartre’a o innych jako piekle.

Zeszyt 25, czerwiec 2001 – kwiecień 2003 [rkps, prowadzony nieregularnie, dłuższa przerwa wiosną 2002 r., żeby żyć a nie pisać]. Zapominanie i porzucanie, pisze bohater: ale przyjaciele chyba od tego są, żeby ich tracić. Pamięć też jest chwilowa, a jeszcze wspomnieć by (…) – świat który nie istnieje. Może on nie istniał?

Dodaje później: ślepo kocham ludzi, nie kocham zwierząt.

Zeszyt 26a, sierpień 2003 – kwiecień 2004 [fragment rkps; prowadzony bardzo rzadko, odnośniki do dziennika z Genewy (zeszyt 26b), który zaginął]. Życie dzieje się we fragmentach. Szczęście równoważy nieszczęście. Prawo Sz. jakby przestało działać. Bohater zaczyna inaczej patrzeć na fotografie (czyta Barthesa).

Wielkie narracje splatają się z małymi: w ostatnich zdaniach bohater zauważa, że jutro Polska wchodzi do Unii Europejskiej. Po bez mała dziesięciu latach porzuca dziennik. Za dwa lata, w styczniu 2006 r. odrodzi się jako autor bloga. Widać musi pisać.

(Dopisane: przez ostatnie dni usiłowałem skleić swoje życie. Każdemu polecam. Dokończyłem zeszyt 23.

Lato dwutysięcznego było dla bohatera wyjątkowe. Prawo Sz. obowiązywało w najlepsze. Ale, myślę dzisiaj, nic w nim wyjątkowego właściwie nie było. Każdy ma takie lato lub inną porę roku, kiedy dokonuje się wyborów, kiedy miłość i przyjaźń rodzi się, rozkwita i pulsuje. Coś, czego nie da się zapomnieć. Początek naszej ery.

Bohater czytał Kierkegaarda (w tłumaczeniu Iwaszkiewicza), Tischnera (właśnie zmarł) i Dostojewskiego (Jakie straszliwe tragedie wyprawia z ludźmi realizm). Po siedemnastu latach uświadamiam sobie, że J. mi nie oddała „Choroby na śmierć”.)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s