Maria Dąbrowska, Dzienniki powojenne, tom 2, Czytelnik 1996

 

Kończę drugi tom w Zaduszki, dziwne święto, które za mojego życia zamieniło się z najbardziej smętnego dnia roku w zwykły dzień powszedni. Nikt tego nie zauważył, nikt nie dostrzegł, że Zaduszki przestały być obchodzone na serio.

Kończę drugi tom w Zaduszki a czytanie dzienników zmarłych to przygnębiająca lektura (a może udziela mi się nastrój ich autorki). Bo dzieci, które występują na kartach tej książki też już nie żyją. Bo wszyscy odeszli. Tak więc mogę świętować Zaduszki tak jak powinno się je świętować, w zadumie.

Robię wypisy, czyli właściwie wypominki:

Literaturę będą fabrykować młodzi, giętcy smarkacze. Czy możliwe jest w tych warunkach ukazanie się jakiegoś wielkiego talentu – bardzo wątpię (s. 145). Fragment o złudzeniu, któremu ulegamy, wierząc, że ludzie są niezmienni. Podobny wierze w to, że klasycy wiedzieli, iż są klasykami. Ci giętcy po pewnym czasie staną się uparci, to ich będziemy podziwiać, psiocząc, jak Dąbrowska, że kolejne pokolenia są bezwartościowe.

Pierwszy raz widziałam polskie miasto świętujące wilię św. Mikołaja. To Lwów, który przejął ten zwyczaj z Zachodu przez Wiedeń (s. 160). Zapisuję, bo oto czarno na białym Dąbrowska notuje narodziny czegoś, co dla nas jest pewnikiem. Tak jak moja pamięć o św. Mikołaju biskupie, nie krasnalu.

Przeczytałam poprzednie zeszyty mego dziennika z uczuciem okrutnego rozczarowania. Tu już nie ma żadnej wymówki, a przecież to tak niewiele warte i jako dokument, i jako filozofia, i jako postawa, i jako psychologia czy ludzi, czy wydarzeń (s. 264). O sobie samym i własnym pisaniu (tutaj).

Dąbrowska, choć miewa popularną obecnie tendencję poszukiwania winnych pośród innych, krytykuje Polaków. Więcej, znowu mam ciarki, bo jej opis autorytaryzmu przypomina mi to, co dzisiaj. Odrzucanie wszelkiej krytyki, fałszowanie rzeczywistości, obojętność elit. Powinniśmy przecież krzyczeć a siedzimy cicho jakby nie zdając sobie sprawy, co to znaczy brak niezawisłych sądów. Że to nie jest żadna polityka, ten Trybunał, ale twoja własna wolność, którą sprzedajesz za posadę. Emigracja wewnętrzna, wie to Dąbrowska, jest obłudna.

Dziwne to mieć i kochać ojczyznę, do której tylu właściwości niepodobna się przyzwyczaić – od klimatu począwszy, na psychice rodaków skończywszy (s. 306).

Autorytet ma u nas tylko ten, kto schlebia w najlepszym razie miernocie (s. 333).

Sala podchwytywała i skandowała przez parę minut „Ro-ko-ssowski! Ro-ko-ssowski!” (…) I widziałam oczyma smutnej trzeźwości ten sam i taki sam tłum ryczący i skandujący przed wojną „Na Kow-no! Na Kow-no!” albo „Za-ol-zie! Za-ol-zie!” i wiedziałam ze zgrozą, że da się on użyć do każdego innego okrzyku, a gdyby doszło do tego (…) skandowałby tak samo: „An-ders! An-ders!” (s. 338).

Polacy są narodem wybitnie skłonnym do stosowania etyki bohaterskiej wymagającej ofiar z życia i mienia w nadzwyczajnych, patetycznych okolicznościach. A są prawie zupełnie pozbawieni etyki społecznej, normalnej etyki roszczeń i zobowiązań, wypracowanej przez wiekową tradycję Zachodu i prowadzącej do szczęśliwego, bo uczciwego życia (s. 462).

(Dziecko przepada za „Dziennikami” Dąbrowskiej, ciągle poluje, żeby je zabrać i zaciągnąć do swoich zabawek).

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s