Obudziłem się w Nowym Jorku i było wpół do północy.
Pisanie powieści, takiej jak u di Primy, nie wchodzi w grę, pomyślałem sobie następnego dnia. Zawsze coś by mi przeszkadzało, jakiś szczegół skupiałby całą uwagę, rozwalał narrację, dajmy na to kolczyk z gwiazdką albo kwiatkiem. Metonimia zamiast mięsa.
Kobieta w kiosku oderwała się od rządzenia światem i sprzedała mi gazetę. Poszedłem do sklepu z mapami, takiej księgarni, gdzie za kasą doradzał starszy facet i, nie patrząc na cenę, kupiłem przewodnik na nadchodzącą podróż.
(10-11.06.2016)
