Dziennik. Ćwiczenia z dystansu (4)

Zawsze o tej porze popadałem w nostalgię. A teraz nie mam na nią czasu. Udaje mi się przemycić jedynie jej malutkie skrawki. W końcu jestem z Lu., więc kiedyś trzeba popaść w przygnębienie, choćby na parę sekund.

Teraz. Otwieram zeszyt i patrzę na zdania, które zapisałem dwadzieścia lat temu: w pierwszy dzień wszedłem z lękiem. Czułem się obcy. Oprócz chłopaków osobiście ręka w rękę poznałem Kaśkę i Karolinę (6.09.1995).

Wcale nie chodzi mi o to, że minęło dwadzieścia lat, a wydaje się całkiem niedawno. Potrafię przypomnieć sobie nawet tamten nastrój. Bardziej o to, że myślałem wtedy o sobie, że jestem mądry. Nic bardziej mylnego. Podobnie początki bloga: nie ma śladu po Morzu Śródziemnym ani po Morzu Północnym, żadnej refleksji ponad sobą, żadnego dystansu. 

I tu jest największy sekret tego, o czym się myśli i tego, o czym się pisze: im bardziej brakuje dystansu, tym na większej (metaforycznej) osiadasz mieliźnie (01.09.2015).

Dodaj komentarz