
O trzech opowiadaniach składających się na tom „Ogrody” tak przenikliwie i pięknie pisał Józef Majewski, że każda próba dodania czegoś do jego przemyśleń wydaje się być płona. Dzięki niemu czytam zdania w tak świadomy sposób, usiłując dostrzec kolory, rośliny, to wszystko, co w mózgu staje się atmosferą, niezauważalnym, ale wciąż obecnym, nastrojem tekstu, obrazem, który nam pozostaje.
„Ogrody” dzieją się na jawie i zarazem we śnie, a sam Jarosław pisze w ich wstępie, że bardzo dalekie są one od ścisłości. Uwiódł mnie w nich szczególnie ten jeden fragment, który znam z dziennika, tam była to krótka notka o wspólnym locie z Rzymu do Palermo z Sophią Loren. W „Ogrodach” ów zapis z dziennika przemienia się w baśń, w której nie wiesz, co jawa, a co erotyczny sen. I jest w niej Sophia Loren, i święty czas, bo to w Wielkanoc otwiera się przecież niebo, i krajobraz Wyspy, najpiękniejszy ze znanych mi krajobrazów, gdzie łatwiej spotykać boginie niż u nas, na Północy.
Burza była nad Sycylią. Próbowaliśmy lądować to tu, to ówdzie. Osiedliśmy w Katanii, o północy, w momencie rezurekcji. Było dużo ludzi w samolocie, ale nikogo nie widziałem, tylko ją. Był jej mąż, jej szwagier, ostatni syn dyktatora. A ona wydała mi się jak Kaliope, czarodziejska, wysmukła, w naszyjnikach z platyny. Piękna, niedostępna – a tutaj na wyciągnięcie ręki. Pytająca mnie, co robić. Namówiłem ją na autobus do Palermo.
I potem ta jazda przez całą wyspę w noc Wielkanocną, od Katanii do Palermo. Chłód górski po burzy i zmęczenie, ale nie spałem, patrzyłem, jak ona w kącie autobusu oparła się na dłoniach i spała znużona, potargana, Kalipso bez Odyseusza, bohaterka bez kochanka. A tu powoli świtało nad Sycylią. Mniej więcej od Enny, od pępka wyspy, zaczęło jaśnieć, zielenieć, na drogach zjawiały się muły i osły, i ludzie konno jadący do kościoła, i stada pasły się już na fałdach górskich jak na fałdach kołdry. I zobaczyłem wyspę w nocy wiosennej z końca w koniec. I widziałem zmęczoną twarz Zofii, którą wszyscy znają na świecie, na tle tego pejzażu, jak głowę Sybilli. I nie zbudziłem jej, kiedyśmy dojechali do miasta, nie pożegnałem się z nią, została mi w oczach i w pamięci – nie we śnie, ale prawdziwa, w to wielkanocne rano w Palermo (ss. 69-70).
Jeśliby mi się śniła Sophia Loren, a dotychczas nigdy mi się jeszcze nie śniła, to tylko taka jak na tym zdjęciu powyżej.
