Radzyń Podlaski. Sekcja zwłok sztetlu

 

Jatki, Rynek II, Radzyń Podlaski 2009

(Jatki, Rynek II, Radzyń Podlaski, lipiec 2009 r.)

 

Jednym z upadłych sztetli w środkowej Polsce, która po paru wojnach stała się Polską wschodnią, był R. W mojej prywatnej geografii, a może nawet kosmologii, R. wyróżniał się tym, że był środkiem świata. Miasto święte, gdzie stał wigilijny stół, gdzie pojawiała się pierwsza gwiazdka, gdzie dzieliliśmy się jajkiem w słoneczny poranek niedzieli, a rytm życia wyznaczały bijące dzwony. Taka prywatna Jerozolima nad rzeką Białką. Wszystko w R. było dawniejsze. Nawet jeśli rozmawiano tam o mieszkańcach R., to zwykle podawano zawiłe genealogie. Wiecie, nie że Ozjasz był ojcem Joatama, Joatam ojcem Achaza, ale że on był za tamtą, co miała sklep za „ogrodniczą” a jej siostra nie żyła z mężem (do dziś pamiętam swoje zdziwienie, że oprócz zwykłego nieżycia istnieje jeszcze nieżycie z kimś).

R., który pamiętam ma jeszcze pewne cechy małego, chociaż już nieżydowskiego, miasteczka. W każdą środę rano wspinałem się na kuchenny parapet: ulice za oknem zastawione były furmankami. Przyjechali na rynek – patrzyłem jak po koniec ulicy pomarańczowych domów na Ostrowieckiej – konie przeżuwają owies z worków zawieszonych na szyjach. Ludzie byli jakoś uroczystsi wtedy, ale to i tak nic w porównaniu z Anną. Anna była odpustem i to dość dziwnym: odpustem obchodzonym na cmentarzu. Był to dzień, zawsze upalny i lipcowy, lepki od tłustej sadzy z robionych w domu zniczy w kamionkowych miseczkach (miseczki z resztkami wosku należało potem zebrać, żeby nadały się na następne święto). Tego dnia obok nieżycia w najlepsze rozkwitało życie, aż strzelało kapiszonami. Do cmentarza z miasteczka było daleko, ale i tak najlepiej było iść wtedy na piechotę, bo wozy, konie, czasem trafiały się ursusy, zastawiały każdy metr pobocza. Suma odpustowa to zresztą była poważna suma, nie jakaś godzinka na odwal, ale bite dwie godziny z porządnym, krzyczącym na kazaniach proboszczem.

R. był wówczas prowincjonalnym miasteczkiem z ciągłym kompleksem stolicy województwa, która miała zostać w R. a ostatecznie umieszczona została – jak mówiono – u Białorusinów. R. na pocieszenie, ale marne to pocieszenie, zatrzymał archiwum wojewódzkie. Działo się to pod koniec epoki, którą nazywa się komunizmem, ale która z komunizmem w tamtym czasie niewiele miała wspólnego. Gdzieś w tym czasie, w którym akurat wybuchł reaktor, przez co pochód pierwszomajowy w R. musiałem oglądać z okna. Koniec końców, tamten R. był uroczym miasteczkiem z łabędziami na stawach, wierzbami na osiedlu Bulwary i Aniołem Pańskim trzy razy dziennie.

Od dzwonów zaczęły się zmiany. Do pewnego czasu wieszali się na nich ministranci, co szczególnie pogrzebom nadawało ludzki charakter. Trumna kroczyła na ramionach spod dzwonnicy a na górze chłopaki skakali i machali rękoma, żeby dzwony biły jak najlepiej. Wszyscy wiedzieli, kto umarł, bo przejście od życia do nieżycia było rzeczą publiczną, zawsze z eksportacją zwłok z domu żałoby jak odczytywałem na gęsto po mieście rozwieszonych klepsydrach. R. jak to środek świata, miejsce wyjątkowe, zawsze balansował na krawędzi rzeczy ostatecznych. Elektryczny mechanizm był bardziej punktualny, ale nie miał duszy.

Potem wyburzyli synagogę. Właściwie dopiero parę lat później dowiedziałem się, że to synagoga a nie wytwórnia oranżady. Skoro pojawiła się już coca-cola, to nikt nie będzie pił sztucznego napoju w kolorze pomarańczy (nie będzie już woreczków z oranżadą na Anny). Mieszkańcom jakoś umknęło, że ów budynek, na miejscu którego powstał nowy parking, to synagoga. Wiele im umknęło z czasów sztetlu, i tylko co jakiś czas napomykano, że niejaki Karych w swoim piecu znalazł żydowskie złoto. Było to w czasach, gdy inny z mieszkańców złota szukał również w grobowcach rodzinnych miejscowych hrabiów pochowanych pod kościółkiem, tym od odpustu Anny.

Żydowskie było nie tylko złoto, ale też piękne drewniane domy przy wówczas brukowanej Warszawskiej, która może i prowadziła do Wa. (teraz to wiem, że tak właśnie prowadzi, ale wówczas była drogą przede wszystkim do Lu.) Domy były drewniane, postawne, z dubeltowymi oknami i zdobieniami ponad framugami. Przypominały chatkę z „Przygód Kota Filemona”, zwłaszcza gdy w okolicach świąt pokrywały się śniegiem. Umierały po kolei. Były lata dziewięćdziesiąte. Na ich miejscu powstało osiedle o ambitnej nazwie Manhattan. Teraz został już tylko jeden, ale prędzej czy później ze smutku, czy starości również się rozpadnie. Manhattan za to – jak wszystko, co z lat dziewięćdziesiątych – wygląda dzisiaj pokracznie i zalepiony jest reklamami solariów i taniej odzieży.

Pod piłę poszły wierzby płaczące. Przez całe lata osiemdziesiąte osłaniały piaskownicę i skromny plac zabaw, ale sąsiedzi denerwowali się z powodu cienia. Łyse podwórko odsłoniło śmietnik, parkingi i zaplecza sklepów, które przestały być RSS Społem, a zaczęły nosić jakieś powabne nazwy. Drzewa w całym R. dzieliły los wierzb. Osiedla odzyskiwały światło, cmentarzowi nie groziły spadające gałęzie, choć teraz mężczyźni na Anny musieli stać na sumie w kaszkietówkach. Szczęście, że lipce zaczęły się robić bardziej deszczowe niż słoneczne.

Drewniane jatki – mówiło się hale – były właściwie od początku nie na miejscu. Póki służyły jako dworzec autobusowy można było je zaakceptować, ale nie pasowały swoją przedwojenną prowincjonalnością do miasta, które stało się stolicą powiatu i którego główną ulicę przemianowano na Jana Pawła. Dworzec wkrótce przeniesiono na oś widokową pałacu (oczywiście nie sadzono przy tym drzew, latem tam też należy używać kaszkietówek) a hale pozostały opuszczone. Któregoś dnia przeczytałem w gazecie, że już ich nie ma. Burmistrz zapowiedział, że teraz będzie fontanna a nie byle co.

Potem domyślacie się już, co było. Powstały pawilony lidla i biedronki, chyba też żabki, nie wiem czy kauflandu albo tesco nie zbudowali gdzieś na przedmieściach. W miejscu lodziarni, jednej z największych atrakcji świętego miasta, powstały salony telefonii komórkowej. Miasteczko stało się zwyczajne, takie jak setki innych miasteczek rozsianych po Polsce, które dawniej były wyjątkowe, a dziś są jak od jednej sztancy. Nic specjalnego. To, co zwykle.

Uświadomiłem to sobie pewnej soboty, właśnie w R.: przestało już być środkiem świata.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s