Dziennik. Naprawdę (1)

 

Obudziłem się piąta pięćdziesiąt, wcale nie dlatego, że chciałem jak Hania Iwaszkiewiczowa obejrzeć jakiś piękny wschód słońca. Słońce zresztą wzeszło dopiero koło południa i od razu nad pewną świątynią, akurat jechaliśmy w jej kierunku, a autor bloga wyobraził sobie gigantyczną bożą rękę wyciągającą się z nieba i podającą zza obłoków gigantyczną połówkę pomarańczowej pomarańczy, a następnie wyciskającą ją o dach owej świątyni, bo dach ten tak jakby został stworzony do cytrusów. Ale jest to skojarzenie nienowe i nieoryginalne, więc nie ma o czym się rozpisywać (animacja à la Terry Gilliam). Obudziłem się piąta pięćdziesiąt, bo A. zadała jakieś pytanie a ja poczułem się w obowiązku, żeby na nie odpowiedzieć. Czemu A. obudziła się przed piątą pięćdziesiąt, o to akurat nie zapytałem.

Właściwie do teraz nie wiem, co mi się z tego śniło, a co było naprawdę. Co tego dnia zdarzyło się naprawdę? Może nic nie było naprawdę? (07.03.2015)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s