Poniedziałek
Dorobisz się – przestrzegali rodzice, kiedy miałem dziesięć lat i nie nosiłem czapki. (To nie lipiec – dopowiadała babcia przez pozostałe jedenaście miesięcy).
Nie dorobisz się – powątpiewali potem, oglądając audycje o pięknych i bogatych w apartamentach z widokiem na całą Wa. i przygotowując mi kurczaka na wynos.
No i na przekór dorobiłem się. Mam gorączkę i zwolnienie do piątku.
Wtorek
Z najwygodniejszej możliwej perspektywy, to jest z własnego łóżka, przyglądam się ile tracę od ósmej do szesnastej. Dajmy na to wędrówka słońca, to jak promienie rozkładają się po balkonie, pod różnymi kątami, z różnych stron. Zwykle gdy wychodzę: już przecież ciemność. Ucieka mi to, co najbardziej podstawowe.
Środa
Teatr cieni „Bogatka” prezentuje. Za zasłoną lądują do słonecznika, kołyszą się na zwiędłym krzaku pomidorów, sięgając do orzechów, skradają się po barierce do tłuszczu z lidla.
Czwartek
Teraz bawimy się w Indian to znaczy ja czytam, a A. – pochylając się nad stroną – mówi: moje nowe imię brzmi Żąda Uwagi.
Piątek
Dzieli nas szyba. Helikopter o żółtym brzuszku zawisa na parę sekund naprzeciw nas. Kto tu jest obserwującym a kto obserwowanym? – pytam Żąda Uwagi.
(Może tak rzucić ten urząd w cholerę i zająć się sikorami tak jak Darwin ziębą?)
