Dziennik (19/09/14)

 

6:00

Jeszcze ciemno. Tylko trochę różu pada na wieżowce. Patrz jaki mały Księżyc – mówi A. i pokazuje błyszczący rogalik1 za blokiem. Pachną bułeczkami sklepy piekarnicze. Słońce wstanie o szóstej czternaście, to jest za chwilę.

8:30

To, że A.2 wychodzi za mąż, oznacza, że wszystko bardzo dawno. Kiedy była dzieckiem, już byłem dorosły, co teraz, po dziesięciu, dwunastu latach, co mogę powiedzieć? Tylko, że mija i ja mijam, mijamy się. Na tym Nowym Świecie.

12:00

Nie widziałem jeszcze smutniejszego pogrzebu: tak zupełnie pozbawionego ceremonii, która daje ulgę, anonimowego miejskiego pogrzebu, jednego z tysięcy w danym roku, gry rozgrywanej przez czterech grabarzy w białych koszulach. 

Było tak: korowód żałobnych urzędników obojętnie mijał staruszka, który karmił gołębie na pętli tramwajowej. Szli w nieładzie od autokaru, którego kierowca nie wiedział jak dojechać. Przedtem kościół, zimny, bezlitosny neogotyk, nie zdążyłem ci przez sześć lat podziękować – powiedział szef do trumny – a więc dziękuję teraz. A potem trzeba było czekać aż przyjedzie meleks, z krzyżem schowanym za siedzeniem, na wszelki wypadek chyba, i da znać panom w czarnych garniturach, żeby wypakowywali w osiem rąk. Wieńce wyrzucili na początku: robota niesympatyczna, bo kłują i brudzą. Wszyscy oczekiwali wokół krzywo zaparkowanego karawanu, było jeszcze z dziesięć minut, więc głupie rozmowy, ktoś odpalał papierosa, te nie na miejscu pytania: na co umarła? czyj to grób? albo jeszcze bardziej nie na miejscu stwierdzenia: siostra, jaka podobna. Ksiądz milczał. Właściwie co ma mówić ksiądz? Białe, niskie samoloty z hukiem spływały z pustego nieba. Potem było po cichu, wspinali się na nagrobki, bo nie było jak przejść. Stali tak rozrzuceni, co parę metrów, ponad lastrykiem, taka wielka, straszna pustka koło grobu.

Na koniec przyszedł otyły murarz z tatuażem na piersi. W ręku trzymał wiadro i kielnię. Nie czekając na nic zaczął chlapać cementem. 

17:15

Zapomniałem już jaka to przyjemność: wejść do księgarni i poprosić o tamtą książkę z wystawy, tak, właśnie tamtą: podać autora lub tytuł. Poczekać aż podadzą, dotknąć okładki z aniołem, przejrzeć kilka stron i powiedzieć: tak, wezmę. Na rogu w kawiarni czytać, nie patrzeć na krople deszczu, popić mocną kawą. 

18:15

Ona tak kochała tego pieska, tego paskudnego pekińczyka, że zrobiła mu wózeczek. Nosić to jest ciężko – mówi i wytacza z autobusu dwukółek ze starym pekińczykiem. Tyr, tyr – stukają koła o chodnik na Anielewicza.

 

______

1 Jestem świadomy, że porównanie Księżyca do rogalika jest jednym z najbardziej banalnych, jakie znam.
2 Po raz kolejny mylące okazują się inicjały. O tej A. nigdy jeszcze na blogu nie wspominałem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s