Pomyśleć, że gdy pisałem ostatnio o stadzie Hiszpanek, to A. sądziła, że piszę o jakichś hiszpańskich dzierlatkach, uchachanych erazmuskach, co ich jeszcze proszą o dowody, gdy kupują piwo, podczas gdy ja opisywałem opatulone jak do trekkingu w Pirenejach hiszpańskie staruszki z parującą na zimnie kawę w papierowych kubeczkach. Dziś Hiszpanek nie było. Dziś padało.
Padało, więc siedzieliśmy w kawiarni z widokiem na Marszałkowską. Akurat myśmy siedzieli bez widoku, rozmawiając i jedząc ciastka plus popijając kawę za punkty (dziewięć kaw równa się kawa). W oknie na Marszałkowską leżała kobieta, leżała siedząc bądź siedziała leżąc. Na brzuchu, na swetrze trzymała oburącz filiżankę i intensywnie patrzyła za okno. Pomyślałem, że ma szczęście. Szczęście tak leżeć w środku miasta i obserwować ludzi, popijając kawę. Ale jednak za szybą, nie na deszczu, tak leżeć.
Było co obserwować. Marszałkowską biegł gość w czarnym garniturku, długonogi i długoręki, tak charakterystycznie biegł, trzymając nad głową grubą czarną teczkę, bo padało. Widok komiczny, gość w garniturze i okularach a od razu na myśl przywodził afrykańskie matki niosące wodę w dzbanach na głowie. Zobacz coś śmiesznego – powiedziałem do A. (a może powiedziałem coś dziwnego), ale obojgu nam trudno było go dostrzec, bo siedzieliśmy akurat bez widoku na Marszałkowską.
Mam problemy z zachwytem – powiedziała potem A., ale to było dużo później i chyba bez związku z tym brakiem widoku na Marszałkowską i smakiem kawy za punkty.
