Uwaga nr 1: Przeczytałem, przerywając czytanie „Nowego Jorku”, który znowuż czytam w wydłużającej się przerwie w II tomie Prousta.
Uwaga nr 2: Przeczytałem, bo dziś jest spotkanie klubu książki, które organizuje R., inaczej bym nie przeczytał, bo Filipiny to nie jest mój kierunek.
Uwaga nr 3: Przeczytałem, bo M. mi pożyczyła, wybiegając z tramwaju na Metrze Wilanowska. Padało wtedy.
Widok cudzego cierpienia – tak zapisała Susan Sontag i Tochman odwołuje się do niej nader często. Nie chce napisać reportażu, chce stworzyć podobny esej, opierając się na zdjęciach ze slumsów Manili. Ma w zamierzeniu pokazywać zło i hipokryzję, hipokryzję turystów szukających sensacji wśród cierpienia, fotoreporterów czyhających na tragedię, reporterów niemających skrupułów. Tochman wchodzi głęboko: aby napisać o hipokryzji staje się hipokrytą.
Pisze manifest. Zaznacza to nawet nadmiarem wielokropków. Jest też główny oskarżony: rzymski katolicyzm, który zmusił Filipińczyków do bierności, poddawania się krzyżowaniu oraz zakazał antykoncepcji. Gdy pisze o religii, znać u Tochmana pazur. Mimo głębokiej niezgody z jego twierdzeniami, doceniam ten sarkazm.
Tochman i jego fotograf, Grzegorz Wełnicki, są wyjątkowi na tle innych reporterów i fotoreporterów. Oczywiście też idą na wycieczkę firmy „True Manila” (tour dla ciekawskich po slumsach, organizowany przez negatywnego bohatera książki Edwina Nombre), ale czynią to z wyższych pobudek, fotografują kaleki, ale po to by ukazać piękno, na koniec wyjeżdżają i wydają o tym książkę, ale na pewno jest to wydanie charytatywne, z którego zyski zostaną przeznaczone na zaniedbane przez proboszczów dzielnice Manili.
–
Na spotkanie jechałem czytając „Nowy Jork”, wracałem podobnie. Rozmawialiśmy udanie, co nie zmienia tego, że ja cały czas mam niesmak po „Eli, Eli”.

3 Comments