Wojciech Tochman, Eli, Eli, Czarne 2013

Uwaga nr 1: Przeczytałem, przerywając czytanie „Nowego Jorku”, który znowuż czytam w wydłużającej się przerwie w II tomie Prousta.

Uwaga nr 2: Przeczytałem, bo dziś jest spotkanie klubu książki, które organizuje R., inaczej bym nie przeczytał, bo Filipiny to nie jest mój kierunek.

Uwaga nr 3: Przeczytałem, bo M. mi pożyczyła, wybiegając z tramwaju na Metrze Wilanowska. Padało wtedy.

Widok cudzego cierpienia – tak zapisała Susan Sontag i Tochman odwołuje się do niej nader często. Nie chce napisać reportażu, chce stworzyć podobny esej, opierając się na zdjęciach ze slumsów Manili. Ma w zamierzeniu pokazywać zło i hipokryzję, hipokryzję turystów szukających sensacji wśród cierpienia, fotoreporterów czyhających na tragedię, reporterów niemających skrupułów. Tochman wchodzi głęboko: aby napisać o hipokryzji staje się hipokrytą.

Pisze manifest. Zaznacza to nawet nadmiarem wielokropków. Jest też główny oskarżony: rzymski katolicyzm, który zmusił Filipińczyków do bierności, poddawania się krzyżowaniu oraz zakazał antykoncepcji. Gdy pisze o religii, znać u Tochmana pazur. Mimo głębokiej niezgody z jego twierdzeniami, doceniam ten sarkazm.

Tochman i jego fotograf, Grzegorz Wełnicki, są wyjątkowi na tle innych reporterów i fotoreporterów. Oczywiście też idą na wycieczkę firmy „True Manila” (tour dla ciekawskich po slumsach, organizowany przez negatywnego bohatera książki Edwina Nombre), ale czynią to z wyższych pobudek, fotografują kaleki, ale po to by ukazać piękno, na koniec wyjeżdżają i wydają o tym książkę, ale na pewno jest to wydanie charytatywne, z którego zyski zostaną przeznaczone na zaniedbane przez proboszczów dzielnice Manili.

Na spotkanie jechałem czytając „Nowy Jork”, wracałem podobnie. Rozmawialiśmy udanie, co nie zmienia tego, że ja cały czas mam niesmak po „Eli, Eli”.

3 Comments

Dodaj komentarz